Lat temu już ponad 40 zdawałem na medycynę. Najpierw byłem zdruzgotany, bo oblałem, a potem uznałem, że to palec boży, którym wiekuisty popchnął mnie w stronę tego, co było moim przeznaczeniem. Na starość pogarsza nam się wprawdzie wzrok, ale widzimy lepiej, a rozumiemy więcej. Kilkadziesiąt lat zabawy (tak, zabawy) w dziennikarstwo dało mi wygodne i ciekawe życie, więc bluźniłbym, cały ten długi rozdział bagatelizując. Moje liczne przygody chorobowe i obserwowanie lekarzy ratujących życie uświadomiły mi jednak, że spora część życia upłynęła mi na pracy społecznie w sumie bezwartościowej. Człowiek robi programy, pisze książki i artykuły, ale w zasadzie znaczenia nie ma to żadnego. Można przekonywać, perswadować, a na końcu ludzie i tak robią, co chcą, więc wpływ na opinie innych jest iluzoryczny. Zresztą kto pamięta po latach dawne teksty i programy. Ja ich nie pamiętam, to dlaczego miałby je pamiętać ktoś inny. Lekarz to co innego. Co może być bardziej szlachetne i ważniejsze niż ratowanie ludzkiego życia? Więc może palec boży wcale nie był boski i nieomylny. A tu się jeszcze, na deser, okazuje, że spokojnie taki lekarz może wyciągnąć rocznie tzw. dużą bańkę, czyli wstydu nie ma.
Afera zrobiła się w Polsce o tego lekarza straszna, a najgłośniej japy darli ci, którzy przewalili grube miliony. Młody lekarz-radny stracił robotę, oddał pół miliona i raczej długo, a może nigdy gówna z siebie nie zdrapie. Wygląda więc na to, że był to jednorazowy strzał, bo już zawsze będą mu patrzyli na ręce.
Subskrybuj