Jezus powiódł rzeszę swych wyznawców, a było ich pięć tysięcy, na pustynię, gdzie, jak wiemy, nastąpił cud aprowizacyjny, marzenie każdego kwatermistrza. Znalazł się chleb, znalazła się ryba i – czego możemy się domyślać – musiało znaleźć się coś do popicia. Morawiecki miał łatwiej, bo według świadków na najsłynniejszym grillu roku przewinęło się jedynie dwa tysiące głodnych. Ale i tych nakarmił Mateusz wieprzowiną pod różnymi postaciami, a że był piątek, dzień w którym poczciwi chrześcijanie mięsa sobie odmawiają, w sukurs przyszedł Kościół – tenże, co posty ustanowił. I Mateuszowych wiernych od nieludzkiego obowiązku uwolnił. Wszak ten sam Kościół w innym przepisie powiada, by głodnych nakarmić, a spragnionych napoić… Sobie tylko znanym sposobem, wyuczonym w czasach etatowego banksterstwa, Mateusz pomnożył kiełbasę, kaszankę i szaszłyki, rozdał je potrzebującym i ich nasycił.
Subskrybuj