R E K L A M A
R E K L A M A

Lewego poznałem przez przypadek. Fragment książki „Agent”

W grudniu 2007 roku poznałem Roberta Lewandowskiego. Choć media twierdzą, że poznaliśmy się rok wcześniej; podobno 26 kwietnia 2006 roku spotkaliśmy się po raz pierwszy. Coś w tym musi być, bo można nawet znaleźć zdjęcia z tego meczu. Razem z Robertem mieliśmy grać w szeregach Legii. To było spotkanie Legia kontra Dolcan Ząbki, wygrane przez legionistów 4:0.

Fot. Wikimedia

Szczerze? W ogóle nie pamiętam tego meczu. Wiem, lepiej byłoby, gdybym wspominał, jakie cudowne było to spotkanie, jak to Lewy podawał do mnie, ja do niego, a w przerwie piliśmy kawę z mlekiem kokosowym, ale prawda jest taka, że kompletnie tego nie pamiętam.

Upadek stał się początkiem

Wiem tyle, że dla Roberta było to pechowe spotkanie – wszedł na boisko w 55. minucie i pograł tylko pięć minut. Zszedł z murawy z naderwanym mięśniem dwugłowym uda i już do końca sezonu nie zagrał. Przypuszczam, że po tej kontuzji ktoś w Legii podjął decyzję, żeby na niego nie stawiać. Z mojego doświadczenia wynika, że momenty, gdy klub rezygnuje z piłkarza, mogą na niego wpłynąć dwojako: mentalnie go zabić albo dodać mu skrzydeł. Uważam też, że każdy młody zawodnik musi na początku poznać smak porażki, żeby potem pokazać swój charakter. I w tamtym czasie Robert Lewandowski pokazał, że choć Legia z niego zrezygnowała, on zrobił potężną międzynarodową karierę. Dla wielu piłkarzy powinien to być sygnał, że nie można się załamywać – trzeba walczyć o swoje, a każdą porażkę traktować jak lekcję. Niezorientowanym przypomnę, że gdy Lewy przyszedł do biura Legii i dowiedział się, że już nie będzie grał, jego mama wzięła sprawy w swoje ręce i zaprowadziła go do Znicza Pruszków. Zachowała się jak dobry menedżer, który pragnie, by zawodnik nie rozpamiętywał porażki.

 

Subskrybuj angorę
Czytaj bez żadnych ograniczeń gdzie i kiedy chcesz.


Już od
22,00 zł/mies




2026-06-27

Krzysztof Pyzia