XI Igrzyska Olimpijskie w Berlinie zostały już wyczerpująco udokumentowane, a mimo to reportaż Olivera Hilmsa czyta się z zapartym tchem jak nową opowieść. Sport nie jest tu głównym polem opisu owych 16 olimpijskich dni sierpnia, gdy odbywały się zawody. Sport jest tłem, na którym rozgrywają się epizody oddające atmosferę tamtego lata, napięcia społeczne; słychać muzykę nocnych klubów i płacz tych, których bliscy popełnili samobójstwo. Narracja autora oddaje ducha zagęszczającego się terroru państwa, dostajemy informacje o rekordach lekkoatletów, ale też o tworzeniu kolejnych obozów koncentracyjnych i katowni Gestapo. Upojne noce w klubach, gdzie szampan lał się strumieniami, przywołuje pamięć fin de siecle’u. Narasta groza, wszak już wiemy, że równo za trzy lata Niemcy zaatakują Polskę.
Kompozycja reportażu
jest wyrafinowana, wielostronna. Czytamy na przykład o wykonywanym na uroczystej inauguracji olimpiady tryumfalnym „Alleluja” Händla, w którym słowa: „I będzie królować na wieki wieków! Alleluja! Król królów i Pan panów, królować będzie na wieki wieków, alleluja!” nabierają złowieszczego wydźwięku. „Józef Lipski, polski ambasador w Berlinie, stuka delikatnie Henriego de Baillet-Latoura w ramię i szepcze do niego: »Musimy być czujni wobec narodu, który potrafi tak doskonale organizować. W tym kraju mobilizacja będzie przebiegać równie gładko«”.
Subskrybuj