Mimo porażki Maja przeszła do historii jako najniżej notowana zawodniczka, która kiedykolwiek dotarła do finału French Open. Co równie ważne, paryski sukces może okazać się nowym początkiem jej kariery. Dzięki zdobytym punktom, zarobionym pieniądzom i zainteresowaniu sponsorów zyska warunki, o których niedawno mogła jedynie marzyć.
Jeszcze kilka tygodni temu Polka była zawodniczką spoza pierwszej 100 światowego rankingu. Tymczasem na French Open napisała jedną z najpiękniejszych kart w historii tenisa, zachwycając kibiców nie tylko wynikami, ale także nietypowym stylem gry, skromnością i niezwykłą determinacją.
Aby dostać się do głównej drabinki, Maja Chwalińska musiała przejść przez kwalifikacje. Późniejsze losowanie okazało się jednak trudne i już w 1. rundzie turnieju głównego mało kto dawał jej szanse na awans. Polka trafiła bowiem na Qinwen Zheng, mistrzynię olimpijską z paryskiej mączki sprzed dwóch lat. Chinka wracała wprawdzie po dłuższej przerwie spowodowanej kontuzją, ale mimo to była zdecydowaną faworytką. Tymczasem Chwalińska sprawiła ogromną niespodziankę, wygrywając 6:4, 6:0.
Od sukcesu do sensacji
W 2. rundzie, również wynikiem 6:4, 6:0, odprawiła rozstawioną z nr 23 Belgijkę Elise Mertens. Następnie zmierzyła się z Marią Sakkari. Co prawda Greczynka od dłuższego czasu pozostaje daleko od swojej najlepszej formy, ale wciąż jest groźną rywalką. Chwalińska – mimo wysoko przegranego pierwszego seta – nie straciła wiary w zwycięstwo; konsekwentnie realizowała przyjętą taktykę, dzięki czemu wygrała dwie kolejne partie 6:3, 6:2.
W kolejnej rundzie czekała na nią Francuzka Diane Parry. Jednak nawet gorący doping publiczności nie pomógł jej znaleźć sposobu na nietypowo grającą Polkę. Chwalińska wygrała pewnie 6:3, 6:2.
W ćwierćfinale zmierzyła się z Anną Kalinską (nr 22). Dodatkową przeszkodą był silny wiatr, który utrudniał kontrolę nad piłką. W tych warunkach lepiej odnalazła się jednak Chwalińska, która zwyciężyła 7:6 (6:3), 6:3.
W półfinale Polka zmierzyła się z Dianą Sznajder. Zaledwie dzień wcześniej Sznajder wywołała największą sensację turnieju, eliminując Arynę Sabalenkę, którą wielu obserwatorów widziało już w roli przyszłej triumfatorki. Mecz Chwalińska – Sznajder był więc starciem dwóch nieoczekiwanych bohaterek. Miał też dość nietypowy charakter. Obie zawodniczki prezentowały bowiem raczej tenis „starej szkoły”, w którym o wyniku częściej decydują zmiany rytmu gry i umiejętność konstruowania akcji niż czysta siła fizyczna. Chwalińska grała pewnie i dojrzale, nie sprawiając najmniejszego wrażenia przytłoczonej stawką meczu. Tymczasem po drugiej stronie siatki frustracja Rosjanki stawała się coraz bardziej widoczna. Ostatecznie Polka zwyciężyła 7:6 (7:4), 6:4 i awansowała do finału, gdzie czekała już Mirra Andriejewa.
Subskrybuj