R E K L A M A
R E K L A M A

Siódme wtajemniczenie. Recenzja Skiby

Edmund Niziurski ma w pokoleniu dzisiejszych dojrzałych panów status kultowy. Powieści takie jak „Sposób na Alcybiadesa”, „Awantura w Niekłaju”, „Niewiarygodne przygody Marka Piegusa” czy „Siódme wtajemniczenie” znają prawie wszyscy, bo się na tych młodzieżowych książkach wychowali, tak jak na powieściach Aleksandra Dumasa o trzech muszkieterach czy na „Wyspie Skarbów” Stevensona.

Fot. Teatr Nowy w Łodzi

Jego poczucie humoru pozwalało nam przetrwać młodzieńcze szkolne niepokoje, a jego bohaterowie udowadniali, że nie ma sytuacji bez wyjścia i że ze wszystkich kłopotów można się wykaraskać. Każda książka dla młodzieży to opowieść o przygodzie, przyjaźni, poznawaniu życia i barwnych awanturach, ale u Niziurskiego znaleźć można było coś więcej.

Specyficzny język i aura powieści zabierały nas w świat swoistego realizmu magicznego, który w zatęchłym PRL był jak szklana kula czarnoksiężnika, dzięki której można obcować z inną, wymyśloną rzeczywistością.

Spektakl „Siódme wtajemniczenie” w Teatrze Nowym w Łodzi uświadomił mi, że język Niziurskiego przetrwał próbę czasu. Nadal bawi i porywa. Niestety, autorzy przedstawienia liczą, że porwie także współczesną młodzież, ale tu z oderwaniem nosów od telefonów i tabletów będzie spory problem. To raczej sentymentalna podróż do krainy dzieciństwa dla starszych pokoleń, które w Niziurskim się zaczytywały.

Podziw budzą dynamiczne sceny zbiorowe (brawa dla Tymoteusza Wesołowskiego za opracowanie ruchu scenicznego), a Marcin Bisiorek w roli Cykorza jest niezwykle przekonujący. Sceny tajnego zaprzysiężenia, scena ze zgubioną tenisówką i omamionym uczniowskimi żartami profesorem robią świetne, komiczne wrażenie.

Uczniowie podzieleni są na wrogie, zwalczające się nieustannie obozy Matusów i Blokerów. Pani reżyser uwspółcześniła nieco Niziurskiego i przywódcą jednej z grup uczyniła dziewczynę, co wychodzi przedstawieniu na dobre.

Nowo przybyły do szkoły uczeń musi wybrać, do której grupy ma należeć, bo trzymanie się z boku, bycie pomiędzy nie wchodzi w tej społeczności w rachubę. Czy ta sytuacja czegoś nam nie przypomina? Szkoda, że ten wątek nie został mocniej w przedstawieniu zarysowany, bo takie sceny to mogłaby być świetna parodia współczesnej Polski.

U Niziurskiego „wtajemniczenie” staje się swoistym dojrzewaniem, a sam konflikt grup rodzajem mistyfikacji, parawanem i złudzeniem. Gdy na scenie rozgrywają się istotne w powieści sceny dotyczące mitu hitlerowskiego skarbu, współczesny widz uświadamia sobie, że poza nowoczesną technologią, mentalność nad Wisłą niewiele się zmieniła.

Dalej czekamy na odkrycie złotego pociągu Hitlera, który gdzieś głęboko w sztolniach górniczych czeka na nasze polskie, radosne przybycie. Świetny spektakl, ale tylko dla wyznawców prozy Niziurskiego (do których się zaliczam). Pozostali mogą być lekko zagubieni, a nawet znudzeni. 

Ocena: Na fali wzrostu

2026-05-09

Krzysztof Skiba