R E K L A M A
R E K L A M A

„Wichrowe wzgórza”. Recenzja Skiby

„Wichrowe wzgórza” napisane ponad sto pięćdziesiąt lat temu przez skromną i introwertyczną córkę pastora Emily Brontë to powieść, która nieustannie porusza i inspiruje.

Fot. trailer filmu

I oto po kilku już słynnych realizacjach filmowych, z których najbardziej udaną i wierną książce była ta z 1992 roku z udziałem Ralpha Fiennesa i Juliette Binoche, mamy w kinach kolejną adaptację, tym razem z niezwykle lubianą Margot Robbie i Jacobem Elordi.

Nowe „Wichrowe wzgórza” są niezwykle mocno atakowane przez widzów i krytyków (rzadko spotykana jedność opinii) za zbyt dalekie odejście od książki i uczynienie z tej jednej z najsłynniejszych historii o rodowej zemście czegoś na kształt współczesnego półpornola.

Na podstawie nowych „Wichrowych wzgórz” i tych sprzed lat możemy świetnie prześledzić, jak nisko upadł poziom oczekiwań widzów. Reżyserka Emerald Fennell broni się rozpaczliwie, że nie trzymała się kurczowo książki, a film jest tylko jej osobistą wizją tej starej historii. Tak, ale dlaczego ta „osobista wizja” łudząco przypomina stylem żałosne filmy na podstawie grafomańskich książek Blanki Lipińskiej?

Dlaczego z kultowej książki, będącej wzorem gotyckiego horroru, książki, która porusza wątki społeczne, rasistowskie, klasowe, robi się tanie romansidło skrojone komercyjnie pod najmniej wybrednego widza?

Robi się to oczywiście dla frekwencji, czyli dla pieniędzy. Dzisiejszy widz mógłby nie odnaleźć się w tej klasycznej dziewiętnastowiecznej historii, więc trzeba mu wysmażyć erotyczny kotlet udający oryginał.

Szkoda pięknej i utalentowanej Margot Robbie, która epatuje w filmie erotycznym szałem na poziomie porno gazetek. Introwertyczna i oczytana Emily Brontë byłaby z pewnością zaskoczona, jak bardzo można w XXI wieku jej książkę zubożyć.

Pal licho, że reżyserka filmu kasuje kilka postaci, a innych (łącznie z parą głównych bohaterów) przerabia niemiłosiernie na „swoją wizję”, trzymając ich pod pistoletem współczesnych, tandetnych wymogów plastikowej kultury. Najgorsze jest to, że zmienia główną oś konfliktu, którą wcale nie jest dzika i szalona namiętność Heath cliffa i Katarzyny Earnshaw, ale problem odrzucenia i zemsty po latach.

Owszem, w adaptacjach teatralnych zdarza się, że reżyser, chcąc uzyskać bardziej współczesny efekt, stawia oryginalne dzieło na głowie. Młodziutką Julię w sztuce Szekspira grywały już leciwe aktorki lub mężczyźni. Szalona, dzika i bezrozumna miłość w „Wichrowych wzgórzach” jest ważna, ale czynienie z niej jedynego i najważniejszego wątku kasuje głębię historii, obniżając poziom filmu do awantur damsko-męskich w reality show typu „Love Island”.

Udając się do kina, liczyłem na wyśmienitą ucztę w pięciogwiazdkowej staroangielskiej restauracji, a otrzymałem fastfoodowe danie w nocnym barze przekąskowym na stacji benzynowej w Las Vegas. 

2026-03-06

Krzysztof Skiba