W miękkim, flanelowym właśnie wydaniu. Bez agresji i wulgaryzmów, bez dominującego dzisiaj stand-upowego przytupu, za którym nie wszyscy przepadamy. Jego twórcy bawią się słowem jak za dawnych lat. Oglądają je z każdej strony, wykorzystując i jego brzmienie, i semantykę. Tak powstają cudowne mikrozdarzenia sceniczne, jak to z piciem herbaty, które kończy się trzeszczeniem kamienia w zębach.
Jagodę Zimałę, Adama Kaźmierowskiego, Antoniego Machonia i Ola Stachowskiego – chociaż każde z nich mieszka w innym miejscu Polski, na Śląsku, Pomorzu albo w centrum – połączyły dwie rzeczy: miłość do teatru w jego improwizowanej formie oraz tęsknota za dobrym, odrobinę nowatorskim kabaretem, w którym pobrzmiewa nieoczywisty, purnonsensowy humor. Spotkania na łódzkiej scenie Teatru Komedii Impro, na której grają w spektaklach pod dyktando publiczności, czyli właśnie improwizowanych, zaowocowały radiokabaretem „Flanelé”. Teksty napisał Kaźmierowski przy współudziale Machonia, oprawę muzyczną przygotował i wykonał Olo Stachowski, a zagrali na scenie we czworo. Za sprawą kilkunastu skeczy zjawiają się przed nami nieco zagubieni, nieporadni i niecodzienni ludzie. Naukowcy, których nikt nie chce słuchać, niszowi detektywi na tropie, którzy sami łatwo stają się obiektem przestępców, i kobiety z półświatka krętymi drogami poszukujące normalności. – Nie dotykamy polityki. Skupiamy się na ludzkich zachowaniach – tłumaczy Antoni Machoń. – Na przykład na tym, że jeśli próbujemy być tacy bardzo poważni, to staje się to aż śmieszne. Dla Jagody Zimały „Flanelé” są przede wszystkim kabaretem o miłości. Jej desperackim poszukiwaniu. – Koledzy ze sceny stają się obiektem moich uczuć, ale jest to wszystko bardziej delikatne i szlachetne. To miłość kabaretowa z najwyższej półki – opowiada.
– Czerpiemy ogrom radości z tego, że możemy sprawić, że ludzie się śmieją. A jeśli jeszcze wplecie się w to wzruszenie, to jest to idealna sytuacja – podsumowuje Zimała.