Po wojnie resztkę tego, co ocalało z nieszczęsnej rudery, podnieśli z martwych warszawscy murarze. W czasie gdy każdy metr powierzchni mieszkalnej był na wagę złota, Sienna 87 odżyła. I stała się doskonałym adresem – blisko dworca Warszawa Główna i wciąż tętniącego handlem Kercelaka. Przedwojenny bazar, smutne wspomnienie sanacyjnej biedy, zmiótł walec odbudowy, zastępując go fragmentem reprezentacyjnej trasy W-Z. Kilka lat później przeminęła chwilowa świetność oficyny przy Siennej 87. Z początkiem lat sześćdziesiątych szpetny, wciąż noszący wojenne blizny budynek zasłonił nowoczesny trzyklatkowy blok. Otrzymał ten sam numer i wspólnego gospodarza domu. Wrześniowe słońce przyjemnie przygrzewa, gdy Stefan Gołacki skręca z Siennej w podwórko. Mija rząd komórek i wchodzi do szerokiej, zwieńczonej łukiem bramy.
W połowie tejże znajdują się drzwi do korytarza. Naciska klamkę i wbiega po stopniach na parter. Nie puka. Ma klucz, który dostał od stryjenki przed dwoma laty. Ale tylko jeden, od zamka „zuhaltowego”. Na dwie dodatkowe zasuwy stryjenka zamyka, tylko gdy wychodzi na dłużej. Jeśli jest w mieszkaniu albo gdzieś blisko, jedynie zatrzaskuje drzwi. W mieszkaniu panuje cisza. Mikroskopijny przedpokój jest zarazem kuchnią. Ledwie można się tu obrócić. Po lewej wysoka szafka i stół, na którym ustawiono małą płytkę elektryczną i wagę. Po prawej paczka z węglem i wejście do pokoju. Na wprost drzwi do łazienki, jeszcze mniejszej niż prowizoryczna kuchenka. Gołacki skręca do pokoju. Długa, wąska kiszka kończy się jednym niewielkim oknem. Wychodzi na południe, ale drzewa i sąsiednie domy nie pozwalają się przebić słońcu. Każdy centymetr z tonących w mroku czternastu metrów kwadratowych jest zagospodarowany. Meandrując pomiędzy wystającymi meblami, biegnie środkiem wąska ścieżka. Po lewej kanapa stryjenki, dalej okrągły stół i kredens, na którym stoi radio. W rogu wysokie lustro z toaletką i kilka roślinek w glinianych doniczkach. Po prawej piec węglowy, szafka, a za nią wersalka i pękata szafa. Za wersalką były niegdyś drzwi do sąsiedniego pokoju. Ale Gołacka po śmierci męża podnajęła go, by dołożyć trochę grosza do marnej renty.
Subskrybuj