Uniewinnienie – taki wyrok w poniedziałek 18 listopada 2024 usłyszał przed katowickim sądem inżynier Arkadiusz Nagięć (wyraził zgodę na podawanie nazwiska) – właściciel firmy budowlanej w Katowicach. Wcześniej, przez prawie cztery lata, Nagięć i ośmiu jego znajomych siedzieli na ławie oskarżonych z poważnymi zarzutami korupcyjnymi. Po kilkudziesięciu rozprawach zarzuty rozsypały się jak domek z kart. A uzasadnienie wyroku stało się listą skandalicznych błędów prokuratury.
Lata śledztwa
Jesienią 2020 roku pod domem Arkadiusza Nagięcia pojawili się funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Zatrzymali go i przewieźli na ulicę Wita Stwosza 31, gdzie mieści się siedziba śląskiego zamiejscowego wydziału Prokuratury Krajowej do zwalczania przestępczości zorganizowanej i korupcji. Prokurator Grzegorz Fugas postawił mu cztery zarzuty: nakłaniania dwóch osób do poświadczenia nieprawdy oraz wręczenia korzyści majątkowej w wysokości 4 tysięcy złotych urzędnikowi państwowemu Markowi A. za pośrednictwem swojego pracownika. Te zarzuty były rezultatem śledztwa toczącego się od lutego 2016 roku w sprawie funkcjonowania na terenie województwa śląskiego zorganizowanej grupy przestępczej, która miała na celu wyłudzać dotacje unijne i fałszować dokumenty po to, aby wzbogacić się na państwowych przetargach.
O co chodziło?
W 2014 roku, niemal w dziesiątą rocznicę przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, zapadła decyzja o budowie Państwowej Straży Pożarnej w Mysłowicach – małym mieście na wschód od Katowic. Inwestycja miała być w całości sfinansowana ze środków Wojewody Śląskiego. W przetargu na wykonanie projektu budynku wystartował właśnie Nagięć – od lat prowadzący w Katowicach indywidualną działalność projektową i budowlaną. Firma Nagięcia była również odpowiedzialna za złożenie wniosku o dotację do Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i złożyła wymagane dokumenty. Nie było to proste, ponieważ wnioski o środki z WFOŚ napisane są skomplikowanym językiem i powołują się na skomplikowane wyliczenia fizyczno- -matematyczne oraz podstawy prawne. W tych niezrozumiałych zapisach orientują się tylko specjaliści. Tych zaś jest bardzo niewielu. Według prokuratury już po oficjalnym złożeniu wniosku okazało się, że są tam błędy, ale nie ma już czasu na ich poprawę – upłynął bowiem wyznaczony termin. I wówczas miało dojść do korupcji. Nagięć – zdaniem śledczych – za pośrednictwem swojego pracownika dotarł do urzędnika odpowiedzialnego za analizę tych wniosków – Marka A. I miał mu wręczyć 4 tysiące złotych łapówki za to, żeby zmienić we wniosku, co trzeba, i potwierdzić inną datę wpływu dokumentu do WFOŚ.
A w trakcie samej realizacji budowy pojawił się problem stali niezbędnej do wykonania konstrukcji budynku. Według prokuratury miała ona pochodzić z nielegalnego obrotu, zaś sam Nagięć rozwiązał ten problem w ten sposób, że nakłonił kolegę – właściciela firmy budowlanej – do wystawienia fikcyjnej faktury na zakup stali. Właściciel i prezes wspomnianej firmy budowlanej usiedli obok Nagięcia na ławie oskarżonych katowickiego sądu. Dowodem przeciwko nim były dokumenty z prowadzonej działalności gospodarczej.
Wszyscy skazani…
Proces sądowy w pierwszej instancji toczył się ponad dwa lata i był pełen zwrotów akcji, wniosków dowodowych i wystąpień adwokatów, którzy zwracali uwagę na naruszenia prawa do obrony ich klientów. W końcu, 27 czerwca, Sąd Rejonowy Katowice-Wschód (sygn. akt. IV K 538/21) wydał wyrok, w którym wszystkich oskarżonych uznał za winnych, ale wymierzył im śmiesznie niskie kary – kilka tysięcy złotych grzywny i rok więzienia w zawieszeniu dla Nagięcia. Analizując akta, trudno oprzeć się wrażeniu, że referentka sprawy – młoda sędzia – nie poradziła sobie z tą skomplikowaną i wielowątkową sprawą liczącą kilkadziesiąt tomów. Świadczy o tym m.in. takie zdanie z uzasadnienia wyroku: Sąd nie ma pełnego przekonania co do winy oskarżonych, dlatego ostateczne rozstrzygnięcie pozostawi sądowi II instancji.
Od tego wyroku apelację złożyły wszystkie strony postępowania: prokurator chciał surowszych wyroków i posłania oskarżonych za kratki, adwokaci zarzucili sądowi rażące błędy w ustaleniach faktycznych.
…czyli niewinni
Sprawa trafiła więc do Sądu Okręgowego w Katowicach (sygn. akt VI Ka 854/23), a ten – po wnikliwej lekturze akt sprawy – wszystkich oskarżonych uniewinnił. Pisemne uzasadnienie wyroku nie pozostawia suchej nitki ani na Prokuraturze Krajowej, ani na sądzie I instancji. Troje doświadczonych sędziów uznało, że żadnej korupcji nie było, bo Marek A. nie dostał żadnych pieniędzy, ale nawet gdyby je dostał, to w świetle wówczas obowiązujących przepisów nie byłoby to przestępstwem. Gdy rzecz się działa, obowiązywały inne przepisy, a w myśl nich pracownik WFOŚ, który rozpatrywał wnioski, mógł po godzinach dorabiać jako konsultant i pomagać przedsiębiorcom je sporządzać. Sąd stwierdził, że oskarżony o przyjęcie łapówki Marek A. nie był nawet urzędnikiem państwowym w rozumieniu szeregu przepisów. Co więcej: prokurator nie wskazał, kto dokładnie miał pomóc w przekazaniu łapówki. Były bowiem dwie osoby, znajome zarówno Nagięcia, jak i wspomnianego urzędnika, noszące to samo nazwisko: ojciec i syn. Prokuratura wskazywała raz na jednego, raz na drugiego. Oparła te wnioski na zapisach podsłuchiwanych rozmów telefonicznych oskarżonych. Sąd zwrócił uwagę, że podsłuch telefoniczny zastosowano z naruszeniem prawa. Przepisy wyszczególniają bowiem sytuacje, kiedy można założyć taki podsłuch, i konkretne artykuły Kodeksu karnego, które ma naruszać podsłuchiwany. W tym przypadku nie miało to miejsca.
Wisienką na torcie jest natomiast sprawa „lewej stali” i fałszowanych faktur. Według akt śledztwa sfałszowana została konkretna faktura wystawiona w sierpniu 2015 roku. Prokurator powoływał się w swoich zarzutach na tę fakturę, ale okazało się, że w aktach jej nie ma. Fakturę o wspomnianym numerze firma współpracująca z Nagięciem wystawiła zupełnie innemu podmiotowi na zupełnie inne usługi (nieobjęte ani śledztwem, ani aktem oskarżenia). Pomimo znacznych nakładów, wysiłków i kosztów Prokuratorowi nie udało się udowodnić rzekomych przestępstw i można powiedzieć, że śledztwo co do istoty zakończyło się fiaskiem. Trudno oprzeć się wrażeniu, że zarzuty aktu oskarżenia zostały postawione „na siłę”, aby nie powstało wrażenie, że nakłady na wieloletnie śledztwo nie zostały zaprzepaszczone – czytamy w uzasadnieniu wyroku II instancji.
Specjalista od „goli”
Autor aktu oskarżenia – prokurator Grzegorz Fugas – ma w śląskim środowisku prawnym opinię specjalisty od „goli” (tak w żargonie prokuratorskim nazywa się wyrok uniewinniający). Tylko na etapie pracy w Prokuraturze Krajowej w czterech sprawach oskarżył siedem osób uniewinnionych później przez sądy w różnych miastach (m.in. w Łodzi, Szczecinie i Warszawie). Mimo druzgocącego wyroku i kompromitującego go uzasadnienia prokurator Fugas zdecydował się wywieść kasację do Sądu Najwyższego. Na wstępnym posiedzeniu jeden z sędziów uznał, że całkowite rozbieżności w ocenie dowodów przez sąd I i II instancji oraz sprzeczne z sobą uzasadnienia przemawiają za tym, aby Sąd Najwyższy rozpoznał sprawę jako ostatnia instancja. 18 września trzech doświadczonych sędziów Izby Karnej orzeknie więc, czy Arkadiusz Nagięć wróci na ławę oskarżonych. Jeśli wyrok zostanie utrzymany w mocy, złożę pozew przeciwko Skarbowi Państwa za absurdalne oskarżenie i straty, które moja firma poniosła wskutek tego, że przez lata nie mogłem pracować, bo ciągano mnie po sądach – zapowiada przedsiębiorca.