– Akcja twojej najnowszej powieści „Symultana” dzieje się w 1956 roku. To czas, który w podręcznikach historii jawi się jako moment wielkiej odwilży i entuzjazmu, ale ty w swojej książce oraz w posłowiu kreślisz obraz znacznie bardziej złożony, pisząc o wszechobecnym mroku, chuliganach i nadziei. Dlaczego akurat ten konkretny moment wydał ci się idealnym tłem dla kryminału?
– Przede wszystkim dlatego, że rok 1956 to klasyczny moment przesilenia. W historii, tak jak w dobrej literaturze, najciekawsze są te chwile, kiedy stare już się kończy, a nowe właściwie jeszcze się nie zaczyna. W tamtych jesiennych miesiącach 1956 roku nadzieje społeczne były wręcz gigantyczne. Ludzie zaczęli odzyskiwać poczucie prywatności; nagle można było pójść do kawiarni i nie drżeć ze strachu, że przy sąsiednim stoliku siedzi szpicel, który notuje każde nasze słowo, a my za niestosowny żart trafimy do więzienia. W Warszawie zaczęła się zmieniać obyczajowość, rozbrzmiewa jazz, ludzie młodzi zachowują się jak ich rówieśnicy na Zachodzie i chcą tak samo wyglądać. Oczywiście literatura zawsze jest formą zabawy w „co by było, gdyby…”, z jednej strony odtwarzam więc realia epoki, z drugiej – wprowadzam całkowicie fikcyjne, ale wiarygodne motywy. Pojawia się na przykład koncert, którego nigdy nie było, ale dałbym sporo, żeby coś takiego zobaczyć i przeżyć na własnej skórze.
– Ale było też drugie oblicze tych czasów.
– Tak. Pod tą warstwą entuzjazmu kryło się drugie oblicze tamtych czasów, które dla autora kryminałów jest wyjątkowo nęcące. Równolegle do tej erupcji wolności obserwowaliśmy niebywały wzrost chuligaństwa. Samotne chodzenie po ulicach Warszawy po zmroku było wówczas wyczynem wymagającym dużej odwagi i sprawności, bo ryzyko, że można się nadziać na nóż albo dostać cegłą w głowę, było ogromne. Warszawa tamtego czasu to nie tylko MDM, ale i miasto ruin, labiryntów wyznaczanych przez zniszczone kamienice i wszechobecnego w nich „knajactwa”: rozbojów, pijaństwa i prostytucji. Te trupie ulice i mury ze śladami kul były codziennością nie tylko w latach 50., ale i 60., a nawet 70., co sam pamiętam jeszcze z dzieciństwa. Dlatego ten fascynujący moment przesilenia wydał mi się nie tyle tłem dla historii kryminalnej, co jej równoprawnym bohaterem.
– W twojej książce Warszawa jest miastem niebezpiecznym – ciemne bramy, bójki, wszechobecna chuliganeria. Czy to oznacza, że mit „bezpiecznego stalinizmu”, gdzie rzekomo panował porządek trzymany żelazną ręką, rozsypał się całkowicie wraz z nadejściem wolności w 1956 roku?
Subskrybuj