Chciałem zgłosić przestępstwo: napad na mieszkanie i kradzież pieniędzy – z takim problemem w lutym 2025 roku na dyżurce Komendy Stołecznej Policji w Pałacu Mostowskich zjawił się niezapowiedziany Wiktor W., obywatel Ukrainy z prawem stałego pobytu w Polsce. Poproszony o złożenie zeznań, opowiedział ze szczegółami, iż kilka godzin wcześniej napadli na niego trzej mężczyźni, których doskonale znał. Zagrozili mu nożem i pistoletem i zmusili go do oddania kilkudziesięciu tysięcy złotych. – Motywem było to, że nie rozliczyłem się z nimi za sprzedaż marihuany – mówił przesłuchującemu go policjantowi.
Przerwany biznes
Oficer Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego dopytał o szczegóły, a wówczas W. zeznał, że na poddaszu mieszkania, które wynajmuje, stworzył plantację konopi indyjskich. To rośliny, z których można wytwarzać marihuanę – popularny narkotyk. – Kiedy wynajmowałem to mieszkanie, dogadaliśmy się, że na strychu zrobię plantację, a zyski podzielimy po równo na czterech – zeznawał W. – Jednak według tej umowy wszyscy mieliśmy też ponosić koszty, a oni tego nie chcieli.
Zdumiony dochodzeniowiec przyjął to zawiadomienie, a potem podjął konieczną decyzję – kazał osadzić Wiktora W. w Policyjnej Izbie Zatrzymań, a o całej sprawie poinformował przełożonych. Gdy W. siedział w celi, do mieszkania, które wynajmował na południowych przedmieściach Warszawy, pojechała grupa techników oraz specjalista do spraw otwierania drzwi. Wszyscy weszli na strych i znaleźli tam niewielką plantację marihuany, a oprócz krzaków zakazanej rośliny także… profesjonalnie przygotowane laboratorium – lampy, grzejniki, wodę do podlewania. Wiktor W. usłyszał zarzut produkcji narkotyków. Trafił do aresztu. Jego wspólnicy wszystkiego się wyparli i nie zasiądą na ławie oskarżonych.
Narkotyki w bagażniku
W jeszcze głupszy sposób wpadł w połowie maja 30-letni mieszkaniec Wadowic. Jechał samochodem po jednej z głównych ulic miasta, gdy zwrócił na niego uwagę funkcjonariusz lokalnej drogówki. Zapamiętał go bowiem jako kierowcę, który nie ma prawa prowadzić samochodu. Postanowił przeprowadzić kontrolę. Zatrzymał 30-latka i poprosił, by dmuchnął w alkomat. Urządzenie wykazało 0,7 promila alkoholu w wydychanym powietrzu. Mężczyzna został zatrzymany, a policjanci zdecydowali się przeszukać jego samochód. Wkrótce w bagażniku znaleźli działkę z amfetaminą. W takiej sytuacji pojawia się podejrzenie, że zatrzymany posiada więcej narkotyków w swoim mieszkaniu, dlatego rutynową procedurą jest przeszukanie jego adresu. I znowu policjantów spotkała niespodzianka. W domu niefortunnego kierowcy odkryli aż 439 gramów (czyli niecałe pół kilograma) amfetaminy. Policyjny ekspert określił jej jakość jako „wysoką”, a jej czarnorynkową wartość wycenił na około 16 tysięcy złotych. Problem w tym, że już taką ilość polskie prawo kwalifikuje jako „znaczną” i przewiduje za jej posiadanie nawet 10 lat więzienia. Pechowy Wadowiczanin usłyszał trzy zarzuty: kierowanie samochodem pod wpływem alkoholu, złamanie sądowego zakazu prowadzenia pojazdów i posiadanie większej ilości narkotyków.
Własne ślady
Do annałów trafi również przestępstwo, za które przed Sądem Rejonowym w Białymstoku odpowiada mieszkaniec tego miasta – Stanisław W. W zimny wiosenny wieczór tego roku W. – człowiek uzależniony od alkoholu – postanowił napić się czegoś mocniejszego, ale w okolicy, gdzie mieszkał, wszystkie sklepy były pozamykane. Będąc „w ciągu”, włamał się więc do sklepu, ukradł butelkę wódki, ale był już w takiej potrzebie, że postanowił od razu wypić. Utrudzonego długotrwałym poszukiwaniem wódki Stanisława W. natychmiast zmorzył sen. Położył się więc obok lodówki z alkoholem, usnął snem sprawiedliwego i spał do rana. Obudzili go policjanci, których wezwała ekspedientka (rano przyszła do pracy i otworzyła sklep).
W jeszcze głupszy sposób wpadł w Krakowie Aleksander N. Przed sądem będzie odpowiadał za kradzież z butiku butów ekskluzywnej marki. N. przyszedł do butiku, wybrał eleganckie, skórzane mokasyny, a kiedy ekspedientka była zajęta rozmową z innym klientem… wyszedł. Gdy uaktywnił się alarm, zaczął uciekać. Wezwano policję, a ta już następnego dnia złodzieja zidentyfikowała. Dowodem jego przestępstwa są nagrania z kamer monitoringu oraz ślady biologiczne pozostawione na butach, w których wszedł do sklepu i które zostawił, chcąc niepostrzeżenie wyjść.
Z kolei w Aninie (wschodnia dzielnica Warszawy) w nocy z 15 na 16 sierpnia dwaj złodzieje zaplanowali włamanie do eleganckiej willi. Wiedzieli, że jej właściciel (stołeczny przedsiębiorca) jest nie tylko zamożnym człowiekiem, ale również marszandem. Spodziewali się, że w domu znajdą gotówkę w większej ilości oraz drogocenne dzieła sztuki, w tym obrazy i rzeźby. Do wnętrza dostali się, używając łomu. Natychmiast uaktywnił się alarm. Złodzieje postanowili ukraść cokolwiek i uciec przed przyjazdem ochrony lub policji. Szarpiąc się z obrazem wiszącym na ścianie, jeden z nich skaleczył się w palec i zostawił na ścianie plamę krwi. Kilka godzin później ślady krwi zabezpieczyli policyjni technicy. Wyodrębniono z nich DNA złodzieja i porównano z DNA w policyjnych bazach. W rezultacie kilka dni później niefortunnego włamywacza zatrzymał patrol policji. Mężczyzna nie umiał wytłumaczyć logicznie, w jaki sposób jego krew znalazła się na ścianie salonu willi. Odpowie za kradzież obrazu wartego ponad 80 tysięcy złotych (samego dzieła sztuki nie znaleziono).
Jeszcze większego pecha miał inny warszawski włamywacz, którego zatrzymała w lipcu policja. Chciał się włamać do willi w Konstancinie (ekskluzywna podwarszawska miejscowość). Wcześniej przez kilka dni obserwował z samochodu właścicieli i zorientował się, że wybierają się na zagraniczne wakacje. Feralnego dnia zostawił w domu telefon komórkowy (nie chciał, aby dane geolokalizacyjne go zdradziły), pojechał do Konstancina podmiejskim autobusem, a do samej willi poszedł piechotą. Przed samym włamaniem włożył na głowę kominiarkę, na twarz okulary przeciwsłoneczne, a ręce wsunął w rękawiczki. Drzwi otworzył, wymontowując zamek. Cały zamaskowany dostał się do wnętrza willi i ukradł kilkanaście wartościowych przedmiotów, m.in. luksusowy zegarek i drogą biżuterię. Wyszedł bardzo szybko, ale w upalną noc tak męczył się w ciasnej kominiarce, że postanowił natychmiast się od niej uwolnić. Zdjął ją zaraz po przekroczeniu płotu posesji, na którą się włamał, a potem maskę rzucił w krzaki. Nie wiedział, że wybrał sobie miejsce, które znajdowało się w zasięgu kamery monitoringu domu sąsiada. Kilka godzin później na miejscu pojawiła się policja. Nagranie z monitoringu zabezpieczono, a fragment, na którym widać twarz włamywacza, powiększono i zidentyfikowano go bez problemu. Dodatkowego materiału dowodowego dostarczyło badanie kryminalistyczne kominiarki. Zabezpieczone ślady biologiczne pasowały do śladów złodzieja. Bandyta może mówić o wyjątkowym pechu – gdyby czapkę zdjął pół metra dalej, kamera już by go nie objęła.
Własny dowód
W październiku, również w Warszawie, złodziej ukradł samochód zaparkowany przy wjeździe do posesji na Białołęce. Musiał przewieźć auto do „dziupli” (tak w gangsterskim slangu nazywa się miejsce, gdzie kradzione samochody są rozmontowywane, aby sprzedawać ich części). „Dziupla” mieściła się na posesji koło Błonia, a złodziej zdecydował się pojechać obwodnicą stolicy i autostradą. Gdy już zjechał z drogi szybkiego ruchu, nie ustąpił pierwszeństwa i spowodował kolizję. Drugi kierowca spieszył się, więc obaj zgodzili się, że nie ma czasu czekać na policję. Poszkodowany kierowca zaproponował więc oświadczenie o winie sprawcy. Złodziej zgodził się i wpisał tam… dane ze swojego dowodu osobistego. Gdy pokrzywdzony człowiek zwrócił się do ubezpieczyciela, było już jasne, że samochód jest kradziony. Dzięki oświadczeniu szybko udało się namierzyć sprawcę. O 6 rano zapukali do niego policjanci. Adwokat próbował potraktować humorystyczną wpadkę jako okoliczność łagodzącą, ale sąd nie dał się przekonać i posłał pechowego złodzieja do aresztu.