Choć wiele złego można powiedzieć o polskiej szkole, o jej niedofinansowaniu, fatalnym systemie i przyczynach odpływu nauczycieli, na pewno nie można twierdzić, że sytuacja jest skrajnie zła, a do tego państwo „kształci bezwolną masę do pracy na niemieckich polach szparagowych”. Żeby tak myśleć, trzeba być człowiekiem wyjątkowo niemądrym albo arcybiskupem.
Nie wiem, jakie doświadczenia z własnymi dziećmi ma ksiądz Jędraszewski, ale wychowałem dwoje dzieci, a dziś w państwowych szkołach – od podstawówki, przez licea po uniwersytet – uczy się pięcioro moich wnucząt. Znam ich problemy z bliska i nigdy nie przyszłoby mi do głowy twierdzenie, jakie ulęgło się w zrytej dogmatami mózgownicy emerytowanego duchownego. Bo wbrew medialnym opiniom, polska szkoła może być nadal przykładem dla innych systemów oświatowych, niezależnie od indolencji kolejnych ministrów oświaty. Niemniej przypadek wprowadzenia przedmiotu obowiązkowej edukacji zdrowotnej z wyłączeniem edukacji seksualnej uważam za głęboko zawstydzający, gdyż to szkodliwe rozwiązanie nawet dla tych, którzy za szczyt swych zawodowych marzeń uznają robotę na niemieckich polach szparagowych. Urzędnicy w ministerstwie nazwali to głupie rozwiązanie modelem hybrydowym, a ja nazwę po ludzku: ni pies, ni wydra…
Subskrybuj