– Katarzyna Kotula, zapytana w programie Radia Zet przez Bogdana Rymanowskiego, co sądzi na temat przyznawania dodatkowych punktów za płeć w rekrutacjach naukowych, odparła, że jest to forma dyskryminacji pozytywnej. Pod względem socjologicznym taka idea rzeczywiście istnieje i ma wyrównywać szanse, mam jednak wątpliwości, czy w omawianym przypadku rzeczywiście tak jest. Co na ten temat uważa państwa stowarzyszenie?
– Faktycznie, pojęcie znane jest w socjologii, oznacza poprawianie szans osób, które w jakimś obszarze mają gorsze szanse, aby mogły korzystać w pełni swoich praw. Znamy to z codzienności. Osoby niepełnosprawne albo długotrwale bezrobotne mogą liczyć na dotację na rozpoczęcie działalności gospodarczej; podczas gdy osoby pracujące i pełnosprawne nie.
Program “Edukacyjny maraton kompetencji” w Pszczynie albo WEKTOR w województwie pomorskim są zaprzeczeniem tej idei. Przyznają punkty za bycie kobietą w obszarach dotyczących edukacji – gdzie dziewczęta i kobiety już radzą sobie lepiej. Dziewczęta mają lepsze wyniki na egzaminie ósmoklasisty, stanowią większość studentów i absolwentów uczelni i w rezultacie są lepiej wykształcone. Widać to zwłaszcza w edukacji językowej.
Szczególnie bolesny jest ten pierwszy przypadek, bo tutaj krzywdzeni są najmłodsi: uczniowie przedszkoli i szkół podstawowych. Gmina Pszczyna pisze, że program poprawia szanse dziewcząt w STEM, ale w zakresie programu jest m.in. edukacja językowa, w której dziewczęta już radzą sobie lepiej. Program nie tylko nie wyrównuje nierówności, ale je pogłębia, powiększając przewagi dziewcząt nad chłopcami. 49 chłopców nie dostało się do programu. Z kolei dziewcząt nie dostało się tylko czworo. Każdy z tych chłopaków może mieć poczucie, że został odrzucony, bo urodził się jako mężczyzna i w oczach władz gminy jest “dzieckiem drugiej kategorii”. Jak to wpłynie na ich poglądy i postawy w przyszłości – można się jedynie domyślać.
– Katarzyna Kotula powiedziała także, że nie zna dokładnych szczegółów takich systemów w szkołach i na uczelniach. Jednak, kiedy była jeszcze ministrem, wysłali państwo prośbę o interwencję w podobnej sprawie. Czy wówczas pani minister w żaden sposób nie odniosła się do tematu?
– Tak. W analogicznej do Pszczyny sprawie w Starostwie Powiatowym w Toruniu, przesłaliśmy prośbę do (jeszcze wtedy) Ministry ds. Równości o interwencję. Z tego, co wiemy, nie przyłączyła się do niej. Z informacji uzyskanych od władz Starostwa do zmiany stanowiska doszło pod wpływem interwencji Rzeczniczki Praw Dziecka i Rzecznika Praw Obywatelskich. Jeśli ministra Kotula wykonała jakieś działania, nigdy ich nie widzieliśmy, nie skontaktowała się także z nami w tej sprawie, nie widzieliśmy też żadnej jej wypowiedzi na ten temat. Po jej wywiadzie zresztą wysłaliśmy jej informacje w sprawie Pszczyny – i czekamy na działanie albo odpowiedź.
– Wspomniane przeze mnie dodawanie punktów za płeć bez dwóch zdań wyklucza mężczyzn. Czy jednak tego typu działania mogą również negatywnie wpłynąć na kobiety?
– Zdecydowanie. Takie działania szkodzą zarówno mężczyznom, jak i kobietom. Dziewczęta i kobiety, które otrzymują “punkty za płeć” nie będą cieszyć się respektem i szacunkiem w swoim otoczeniu. “Ania jest tutaj nie dlatego, że jest dobra, a dlatego, że dostała dodatkowe punkty”. Choć Ania jest tak samo dobra, albo nawet lepsza niż chłopaki.
– Kolejną polityczką, która podjęła temat dyskryminacji pozytywnej, jest Magdalena Biejat. Została ona poproszona, również w Radiu Zet, o wskazanie przykładów inicjowanej przez państwo dyskryminacji pozytywnej, ale pomagającej mężczyznom. Biejat oceniła, że dyskryminacja mężczyzn nie istnieje, a oni sami znajdują się w lepszej pozycji niż kobiety. Czy nie jest to powielanie stereotypu mężczyzny, który ze wszystkim zawsze sobie poradzi?
– Zdumiewa i zaskakuje nas to stanowisko wyrażane publicznie w mediach, bo Wicemarszałkini Senatu była jedną z tych osób, z którymi spotkaliśmy się osobiście, i mieliśmy wrażenie, że uważnie słucha argumentów i nawet podawała własne zderzenia ze stereotypami płci dotyczącymi chłopców i mężczyzn.
Jest wiele obszarów, gdzie mężczyźni są dyskryminowani: nierówny wiek emerytalny, nierówne obowiązki obronne, nierówne normy dźwigania i posiłków regeneracyjnych, nierówne traktowanie w zakładach zamkniętych, nierówne urlopy i zasiłki dla ojców, nawet nierówne podatki dla seniorów. I – podobnie jak marszałkini Biejat – nie znamy żadnego miejsca, gdzie byłaby “dyskryminacja pozytywna” dotycząca mężczyzn.
Przekonanie części osób, że mężczyźni są w “lepszej pozycji” wynika z wybiórczego patrzenia na rozkład płci w społeczeństwie. Patrzą w ”górę drabiny społecznej” – na polityków, prezesów, biznesmenów, menedżerów – i widzą, że wśród nich jest więcej mężczyzn. Dostrzegają to i pragną zmienić – i bardzo dobrze, że tak się dzieje. Jednak nie widzą drugiej strony tej drabiny. Mężczyźni wykonują najcięższe, najbardziej niebezpieczne zawody. Stanowią zdecydowaną większość ofiar wypadków w pracy i skutecznych samobójców. Rzadziej zdobywają wykształcenie średnie i wyższe. Częściej są bezdomnymi. Częściej chorują i szybciej umierają. Pełnią służbę zapewniającą nam bezpieczeństwo i komfort życia. Tych mężczyzn, dzięki którym w kranie płynie woda, w gniazdku jest prąd, a nad głową nie latają nam wrogie samoloty, te osoby nie zauważają. Nasze Stowarzyszenie natomiast widzi ich, docenia ich pracę i służbę – i domaga się dla nich równych praw obywatelskich i podmiotowości. Ale podkreślmy: to dotyczy tylko części kobiet i części mężczyzn; coraz więcej osób zauważa te nierówności.
– Z drugiej strony Magdalena Biejat, gdy kandydowała na prezydenta RP w 2025 roku, zdawała się mówić zupełnie coś innego. Skąd taka zmiana poglądów? A może było to uchwycenie się pewnego tematu tylko w celu przyciągnięcia wyborców?
– Trudno nam spekulować. Jedno jest pewne – społeczeństwo, a więc także mężczyźni, będą rozliczać polityków nie z deklaracji, a realnych działań. Sytuacja zmieniła się przez ostatnie dwa lata znacząco: mężczyźni jako zbiorowość uzyskują świadomość swoich praw i interesów. Nie da się dłużej udawać, że tych nierówności nie ma; każdy polityk i polityczka, którzy poruszają temat równości, muszą liczyć się z tym, że dostaną niewygodne pytania: o wiek emerytalny, o obowiązki obronne, o bezpieczeństwo pracy, o programy edukacyjne i zdrowotne. Nie da się dłużej zaczarować rzeczywistości słowami.
Jak dotąd parlamentarzystą, który najsilniej i konsekwentnie upomina się o sprawy mężczyzn jest Marcin Józefaciuk z Łodzi, niegdyś w KO, dziś bezpartyjny.
– Odnosząc się do dyskryminacji pozytywnej, państwa stowarzyszenie skupiło się także na pojęciu równości wybiórczej. Na czym polega to zjawisko?
– Równość wybiórcza to podejmowanie tylko tych problemów, które dotyczą kobiet i dziewcząt, i lekceważenie tych, które dotyczą mężczyzn i chłopców. Czyli – mówimy o tym, że kobiet jest mniej w naukach ścisłych i technicznych (STEM), uruchamiamy programy promocyjne i stypendialne, aby tam przyszły, ale nie mówimy, że mężczyzn jest zdecydowanie mniej w naukach medycznych albo że w ogóle częściej zdobywają wykształcenie – i nic z tym nie robimy. Kuriozalną lekturą są np. polityki równości płci uczelni wyższych: nawet te, gdzie mężczyzn jest mniej niż jedna trzecia (wszystkie uczelnie medyczne i duża część uniwersytetów) piszą o wszystkim: profesurach, projektach, stanowiskach dziekańskich i rektorskich, grantach naukowych, ale nie mówią o podstawowej, widocznej na pierwszy rzut oka na każdym korytarzu różnicy: dlaczego na uczelni jest tak mało studentów płci męskiej?
Do każdego powiatu posyłamy mammobusy, gdzie kobiety mogą przebadać się na okoliczność nowotworów piersi, ale nie ma odzewu, gdy mówimy o androbusach, które pojechałyby do każdego miasta i mężczyznom powiedziały o prostych rzeczach – diecie, ruchu, zdrowiu psychicznym, wychodzeniu z nałogów; zmierzyły im ciśnienie, poziom cukru i cholesterolu. Takie akcje w listopadzie tego roku przyciągnęły tłumy mężczyzn w każdym wieku. Tyle że były robione przez organizację pozarządową, za pieniądze z darowizn. Dlaczego nie mielibyśmy tego robić za publiczne, jak mammobusy? Przecież dużo taniej jest zapobiegać niż leczyć.
Chcemy, aby ojcowie zaangażowali się w prace domowe i opiekuńcze, ale jednocześnie kiedy przychodzi do rozstania – oczekujemy, że mężczyzna będzie płacił alimenty i się nie wtrącał. I całkowicie bezkarna pozostaje alienacja rodzicielska, czyli odmawianie ojcom kontaktów z dziećmi, mimo orzeczonych przez sąd godzin i dni, kiedy dzieci miałyby być z nimi. Być może zmieni się to pod wpływem inicjatywy ustawodawczej, którą zgłosiła Konfederacja. Działania od momentu objęcia stanowiska zapowiada minister sprawiedliwości Waldemar Żurek.
Tak dłużej się nie da. Nie da się udawać, że równość jest ma tylko jedną stronę; jeśli chcemy, aby społeczeństwo było harmonijne, a mężczyźni przestali się radykalizować, trzeba traktować ich jako pełnowartościowych, podmiotowych obywateli.
– Wspomniał pan o alienacji rodzicielskiej. Stosunkowo niedawno Urszula Pasławska z PSL stwierdziła wprost, że takie zjawisko nie istnieje i że jest ono „ideologią”. Jak pan ocenia tę wypowiedź?
– Bardzo chcielibyśmy, aby tak było. Niestety alienacja rodzicielska to zjawisko pojawiające się przy rozstaniach i nieomal co tydzień trafia do nas jakaś osoba, która o niej pisze.
Zjawisko to polega na tym, że rodzic sprawujący opiekę celowo utrudnia kontakty drugiemu rodzicowi – mimo że są orzeczone przez sąd. W praktyce wygląda to tak: drugi rodzic zajeżdża pod dom, aby umówionego dnia o umówionej godzinie wziąć dziecko do siebie na weekend, ale nie zastaje nikogo w domu albo nie otwiera drzwi. Dzwoni po policję, ale ta odsyła go do sądu rodzinnego, mówiąc, że nie ma uprawnień do interwencji. Nie udaje się umówić orzeczonych przez sąd dwutygodniowych wakacji, ferii albo umówionych już Świąt. W skrajnych przypadkach rodzic sprawujący opiekę nastawia negatywnie dziecko do drugiego: „nie kocha cię już!”, „patrz, zapomina o twoich urodzinkach!”, „popatrz, nie przychodzi, nie pamięta o tobie”. W tym czasie drugi rodzic bezskutecznie szuka kontaktu i traci zmysły z tęsknoty i bólu.
Celowo nie używam określeń „matka” i „ojciec”, bo ofiarą alienacji przede wszystkim jest dziecko: odłączone od drugiego rodzica i jego miłości. Alienują przede wszystkim matki ojców, ale także alienowane są babcie, dziadkowie, wujkowie, czasami starsze rodzeństwo, które zostało z drugim rodzicem albo się usamodzielniło. Alienacja wbrew wyrokom sądów to lekceważenie postanowień sądów; niestety polskie państwo jest opieszałe i nieskuteczne w jej ściganiu. W rezultacie, dzieci zostają trwale odłączone od swoich bliskich, którzy szukają sprawiedliwości w sądach. Niedawno Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekł odszkodowanie dla alienowanej matki, którą ojciec bezprawnie pozbawił kontaktów z synem. Choć najczęściej – pamiętajmy – z alienacją mamy do czynienia w drugą stronę.
Mamy w naszym Stowarzyszeniu dorosłych, którzy jako dzieci byli alienowani przez rodzica. I choć czasami po latach udaje się nawiązać ponownie kontakt, to czasu nie da się cofnąć, a szkody pozostają na całe życie. Uważamy, że alienacja to forma przemocy psychicznej wobec dziecka i jako taka powinna być ścigana przez państwo i prawo. Nie możemy pozwolić na bezkarne krzywdzenie dzieci. Każdy, kto próbuje alienację usprawiedliwiać albo rozmywać w terminologicznej sofistyce, jest współwinny krzywdy, jaką doznają tysiące dzieci. Szkoda, że pani Pasławska wpisuje się w ten krzywdzący dzieci proceder.