R E K L A M A
R E K L A M A

Spór o media. Informacja to nie wszystko

Przez dekady media głównego nurtu w liberalnych demokracjach postrzegały siebie jako strażników rozumu publicznego. Przypisywały sobie rolę instytucji, które nie tylko informują, lecz także porządkują rzeczywistość i korygują nadużycia władzy. Tymczasem nawet pobieżny audyt jakości najpopularniejszych mediów w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii ujawnia paradoks trudny do zignorowania: instytucje uznające się za „oczy demokracji” coraz częściej nie dostrzegają własnych ograniczeń. Nie chodzi wyłącznie o stronniczość czy presję rynku, lecz o głębszą ślepotę – instytucjonalną i poznawczą.

Fot. Pixabay

Na pierwszy rzut oka wszystko funkcjonuje poprawnie. Strony opinii są wypełnione, debata wydaje się żywa, a różnorodność głosów – zagwarantowana. Bliższa analiza pokazuje jednak, że pluralizm ten ma często charakter pozorny. Teksty publikowane w działach op-ed (skrót od opposite the editorial page – „naprzeciw strony redakcyjnej” to artykuł publicystyczny wyrażający silną, spersonalizowaną opinię autora na temat aktualnych wydarzeń, różniący się od obiektywnych wiadomości, pisany przez osobę spoza redakcji, która chce wpłynąć na dyskurs publiczny) rzadko wychodzą poza dominujący horyzont interpretacyjny danej redakcji. Autorzy różnią się stylem i temperamentem, lecz poruszają się w tym samym polu znaczeń. Zamiast poszerzać debatę publiczną, publicystyka opiniotwórcza coraz częściej ją reprodukuje. To problem fundamentalny. Teksty opinii powinny przekraczać ograniczenia dziennikarstwa informacyjnego: komplikować narracje, podważać wygodne oczywistości, wprowadzać nowe perspektywy. Gdy tego nie robią, media zaczynają krążyć wokół własnych założeń. Powstaje zamknięty obieg myśli, w którym nie tyle narzuca się jedną ideologię, ile traci zdolność wyobrażenia sobie alternatywnych interpretacji rzeczywistości.

Iluzja pluralizmu

Jednym ze źródeł tego stanu rzeczy jest instytucjonalne poczucie bezpieczeństwa. Wiele renomowanych redakcji nadal dysponuje lojalną bazą odbiorców, stabilnymi przychodami z subskrypcji i historycznym prestiżem. Stabilność ta łatwo przeradza się w samozadowolenie, a czasem w pychę. Redakcje szczerze wierzą, że stoją na straży odpowiedzialnego dziennikarstwa i bronią demokracji przed populizmem oraz dezinformacją. Szlachetność intencji nie gwarantuje jednak dobrych skutków – bywa wręcz zasłoną dla własnej odpowiedzialności. Skutki są widoczne w większości społeczeństw demokratycznych. Zamiast łagodzić konflikty, media coraz częściej je wzmacniają. Zamiast edukować obywateli i elity polityczne, produkują treści zoptymalizowane pod uwagę i emocje. Informacja przestaje być narzędziem rozumienia świata, a staje się impulsem. W takich warunkach podatność na propagandę rośnie, a wydarzenia takie jak brexit czy atak na Kapitol przestają być szokującymi wyjątkami – zaczynają wyglądać jak logiczne konsekwencje erozji sfery publicznej.

Nie jest to efekt złej woli. Źródłem problemu jest mechanizm instytucjonalnego samoprzetrwania. Organizacje o długiej tradycji wytwarzają struktury i nawyki myślowe, które zapewniają im ciągłość. Z czasem zaczynają filtrować rzeczywistość nie według jej wartości poznawczej, lecz według zgodności z utrwalonym porządkiem. To, co go kwestionuje, bywa marginalizowane; to, co go potwierdza – nagradzane widocznością.

Instytucjonalne samoprzetrwanie

W ten sposób media zaniedbują jedną ze swoich kluczowych funkcji: dostarczanie narzędzi interpretacji. Demokracja nie opiera się wyłącznie na dostępie do faktów. Wymaga zdolności ich rozumienia. Obywatele muszą umieć odróżniać to, co strukturalne, od tego, co incydentalne, emocje od argumentów, interes polityczny od interesu publicznego. Wymaga to odwagi intelektualnej oraz gotowości do publikowania analiz, które nie mieszczą się w prostych medialno-politycznych schematach.

Tymczasem debata publiczna staje się coraz bardziej powierzchowna i reaktywna. Krótki cykl informacyjny premiuje natychmiastową reakcję kosztem refleksji. Paradoks polega na tym, że w momencie, gdy demokracje najbardziej potrzebują pogłębionych interpretacji, media wycofują się w zachowawczość – nawet jeśli same tego nie dostrzegają. Konsekwencją są zagubieni w polaryzacjach światopoglądowych obywatele oraz systematyczny spadek autorytetu mediów.

Internet obnażył ten problem z całą ostrością. Przez dekady autorytet mediów głównego nurtu pozostawał niemal niekwestionowany. W latach siedemdziesiątych zaufanie Amerykanów do mediów sięgało około 70 procent. Dziś – według Reuters Institute Digital News Report 2025 – spadło do około 40 procent, podobnie jak w wielu innych demokracjach, w tym w Wielkiej Brytanii. Szczególnie niepokojący jest podział pokoleniowy: młodsi odbiorcy coraz częściej ufają prywatnym twórcom internetowym, często pozbawionym procedur weryfikacji i odpowiedzialności redakcyjnej.

Erozja wspólnego znaczenia

Nie jest to wyłącznie problem edukacji medialnej, lecz sygnał głębszego kryzysu: zaniku wspólnych ram interpretacji rzeczywistości. Media głównego nurtu zdają się tego nie dostrzegać. Spadek zaufania traktują jako problem wizerunkowy lub rynkowy, a nie jako ostrzeżenie systemowe. Stabilność modeli subskrypcyjnych maskuje erozję autorytetu poznawczego. Sytuację pogłębia strukturalna niechęć do nowych idei. Analizy wykraczające poza obowiązujące schematy – zwłaszcza te, które komplikują binarny podział liberalne – konserwatywne – rzadko znajdują miejsce w głównym nurcie. Paradoksalnie dziennikarze, deklarując obronę demokracji, bronią przede wszystkim własnej narracji. W efekcie media coraz częściej przypominają uczestnika politycznego sporu, a nie arbitra jakości debaty publicznej.

Historia pokazuje, że instytucje regularnie lekceważą myślenie wymagające wysiłku intelektualnego. Idee zbyt trudne, zbyt niepokojące lub zbyt wykraczające poza utrwalone ramy bywają marginalizowane nie dlatego, że są błędne, lecz dlatego, że destabilizują poznawczy komfort. Media nie są od tego mechanizmu wolne. Dzisiejsza ślepota mediów nie polega więc na świadomej odmowie widzenia, lecz na niezdolności dostrzeżenia zmiany. Metody wypracowane w XX wieku – hierarchiczna selekcja, autorytet ekspercki, linearna narracja – okazują się niewystarczające w sieciowym, fragmentarycznym środowisku informacyjnym. Treści, które kiedyś stabilizowały demokrację, dziś – pozbawione kontekstu i wyjaśnień – mogą ją osłabiać.

Jeśli media głównego nurtu nie przemyślą na nowo swojej roli, pozostaną uwięzione w tej sprzeczności. Demokracje mogą wówczas zacząć pożerać same siebie głosami tych, którzy wierzą, że są dobrze poinformowani. Wolność dziennikarska skurczy się do iluzji zastępowanej kontrolą opartą na polaryzacji i strachu. Demokracja nie przetrwa dzięki samej informacji. Potrzebuje rozumienia, a rozumienia trzeba uczyć. Bez tego zarówno obywatele, jak i dziennikarze mogą oddać swoją wolność nie pod przymusem, lecz z własnej woli, poprzez ciche zrzeczenie się otwartości intelektualnej.

Profesor, medioznawca specjalizujący się w bezpieczeństwie medialno- politycznym 

2026-02-01

Jacek Dąbała