„W co gra PSL?”
PSL gra w zielone!
W numerze 19/2026 „ANGORY” opublikowano list pt. „W co gra PSL?” podpisany przez SKROMNEGO OBYWATELA, w którym Autor zadaje pytanie rangi dorównującej wręcz hamletowskiemu Być albo nie być… Autor pyta: „Czy ktoś potrafi wskazać choć jedno przedsięwzięcie PSL przydatne dla naszego państwa, dla nas wszystkich?”.
Okazuje się, że SKROMNY OBYWATEL – jak to często bywa z zadającymi pytania – zna na nie odpowiedź, co udowadnia niemal w następnym zdaniu swego listu. „W ostatnich latach pozyskaliśmy z funduszy UE na rolnictwo ponad 500 mln euro. Większość tych środków była wydawana w Polsce za pośrednictwem Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa oraz jej agend, z którymi od lat są związani zwłaszcza chłopcy z PSL”.
Autor listu ma rację. Inicjatywa utworzenia Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, jak też później jej wdrożenie w życie, należała do Polskiego Stronnictwa Ludowego. W roku 1994, kiedy premierem rządu był Waldemar Pawlak, utworzono instytucję, która miała za zadanie pomóc rolnictwu w jego doraźnych problemach, ale także przygotować ten dział gospodarki i cały kraj do spodziewanego i wręcz wyczekiwanego członkostwa w Unii Europejskiej. Perspektywa wstąpienia do UE, która zmaterializowała się wprawdzie w pełni dopiero za kilka lat, wymagała między innymi utworzenia agencji płatniczej, za której pośrednictwem realizowane będą – jak we wszystkich krajach UE – dopłaty do rolnictwa i rozwoju obszarów wiejskich. Utworzona wtedy ARiMR przetrwała w niezmienionej formule – jako jedna z nielicznych instytucji w Polsce – trzydzieści lat. To ta instytucja, jak dotąd bez większych przeszkód, rea lizuje nie tylko dopłaty, o których najgłośniej, ale także wiele innych działań w obszarze rybołówstwa, rolnictwa, pomocy terenom wiejskim, Kołom Gospodyń Wiejskich, młodym rolnikom itp., itd.
Więc moja odpowiedź na pytanie postawione w liście brzmi: tak, znam przedsięwzięcie, które jest autorstwa PSL i które, służąc wsi i rolnictwu, służy dobru ogólnemu. Jeśli chodzi natomiast o inny wątek listu SKROMNEGO OBYWATELA dotyczący „chłopców z PSL”, to owszem, ci chłopcy wyszli z inicjatywą, stworzyli instrumentarium prawne i organizacyjne Agencji, ale wymianę kadr („łącznie ze sprzątaczkami”) zastosował dziesięć lat temu PiS. Powołany na prezesa Agencji Daniel Obajtek (nie wiem, czy nie powinno się już pisać Daniel O.) jednego dnia zwolnił kilkuset dyrektorów biur centrali i oddziałów terenowych Agencji. Większość tych ludzi, którym się chciało złożyć pozwy, wygrała w sądach przywrócenie do pracy i stosowne odszkodowania, które zapłaciliśmy my wszyscy. Daniel O. tymczasem piął się po szczeblach kariery, aż doczekał się kropki po pierwszej literze nazwiska. SKROMNY OBYWATEL słusznie zauważył, że PSL to ci, „którzy rządzą w regionach i samorządach”. A więc jednak coś robią. Może nawet robią tam dużo.
Nie będę natomiast bronił wszystkich posunięć PSL, głównie tych na szczeblu centralnym, bo Stronnictwo ma na swym koncie wiele spektakularnych wręcz wpadek, jak chociażby niezbyt udane sojusze przedwyborcze, które poskutkowały tym, że w Sejmie znalazły się różne szmaty, mejzy i osobnicy o skrajnie narcystycznych osobowościach. Odpowiadając zatem na tytułowe pytanie, w co gra PSL, odpowiem: Gra w zielone. ANDRZEJ ZAWADZKI
Świat jest na zakręcie
Sprzeciw
Piszę zainspirowany wywiadem z Tomaszem Jastrunem pt. „Świat jest na zakręcie” (ANGORA nr 18). Pan Tomasz jest bardzo bystrym obserwatorem i w podobnym do mojego wieku, więc jego obserwacje i skojarzenia są mi niezwykle bliskie. Przy tym wykazuje się on silnym mechanizmem identyfikacji „swój/obcy” niezbędnym na polu walki. W cywilu nie jest to zbyt częste.
Z kolei jego identyfikacja z Izraelem jest dużo silniejsza niż z jakimkolwiek innym państwem. Nie widzę powodu, dlaczego ja miałbym się z nim identyfikować. Życzliwość Izraelczyków wobec Polaków jest powszechnie znana. Nawet nasz były ambasador Magierowski nie spotkał w Izraelu pozytywnie nastawionych do naszego kraju. Moje doświadczenia są podobne. Sam Izrael to państwo apartheidu, a ostatnio w dodatku ludobójstwa i głodzenia dzieci innej rasy. Czyżbyśmy mieli to przyjmować ze zrozumieniem jak pan Jastrun? Do tego dorzuca on cienką aluzję, cytując pamiętniki Goebbelsa, że Polacy mogą być traktowani podobnie jak Palestyńczycy. Myślę, że już przesadził! Pozdrawiam JAN DĘBEK
Komu i w co wierzyć?
20.04.2026 r. prezydent Francji Emmanuel Macron przybył do Polski i w Gdańsku spotkał się z premierem RP Donaldem Tuskiem. W trakcie tego Międzyrządowego Szczytu Polska – Francja rozmawiano o różnych problemach, w tym gospodarczych, obronnych, a także z zakresu energetyki, kultury i innych. Ale chciałbym tutaj zwrócić uwagę na inną sprawę. Otóż po tym wydarzeniu rozległy się oburzone i pełne zjadliwości głosy członków PiS, że szczyt ten celowo wyznaczono w Gdańsku, a nie w Warszawie, żeby uniemożliwić bezpośrednie spotkanie prezydenta Nawrockiego z Macronem, argumentując, że to Nawrocki jest prezydentem Polski, a nie Tusk, i takie spotkanie powinno być na szczeblu prezydenta z prezydentem, a nie z premierem. Zapomniano tylko, że było to spotkanie międzyrządowe, a we Francji rola prezydenta jest nieco inna niż w Polsce. Zapomniano również o tym, że prezydent Polski widział się niedawno z jeszcze premierem Węgier Orbánem, a nie z prezydentem Węgier i nikt w PiS-ie niezdrowej sensacji z tego nie robił.
I trochę z innej beczki. Jakiś czas temu Tobiasz Bocheński (PiS) w imię nienawiści do Niemiec i UE komunikował wściekle, że za Tuska w samolotach LOT-u podają niemieckie masło. Nie wspomniał, że gdy samolot leci w drugą stronę, czyli na zachód, to podają polskie masło. Poza tym pan Bocheński łaskawie nie zauważa i nie oznajmia tego wszem wobec, iż jego kolega Przemysław Czarnek wsiada często do wypasionego Volkswagena, co na własne oczy widziałem. Czarnek u Bocheńskiego powinien być co najmniej przeklęty. Niedawno obchodziliśmy 22. rocznicę wstąpienia do Unii Europejskiej. Z ust któregoś z pisowców wybrzmiało, że Unia to IV Rzesza. Gratuluję. To potworny i karygodny idiotyzm i pewnie ten ktoś najlepiej czułby się w ramach RWPG.
Co kilka lat społeczność naszego kraju – w imię tzw. zasad demokratycznych – wybiera swoich przedstawicieli do Sejmu, Senatu czy na urząd prezydenta państwa i ufa im oraz wierzy, że w zgodzie i we współpracy ponad podziałami zajmą się pracą nad ustawami z zakresu gospodarki, zdrowia, nauki, obronności i innych dziedzin, w zgodzie z Konstytucją RP, i prawie za każdym razem ci wybrani, zwani elitami narodu, wybierają bratobójczą wojnę, wciągając w nią niewinnych ludzi. A wszystko w imię jakichś wymyślonych przez siebie zasad. W XVIII wieku w ten sposób Polska straciła niepodległość. Pozdrawiam serdecznie Redakcję ANGORY i wspaniałych Czytelników. MAREK z ZIELONEJ GÓRY
Dobra zmiana potrzebna od zaraz!
Obywatel Kaczyński mówi Ojczyzna, a myśli – partia. Obywatel Nawrocki mówi o zmianie konstytucji dla dobra Ojczyzny, a myśli – państwo to ja. To widać, słychać i czuć. Szczególnie przykry zapach unosi się nad wypowiedzią ww. oficjela na temat prokuratury w aspekcie ścigania (Gazeta.pl): „Prokuratura powinna się zająć ściganiem przestępców, a nie prowadzić dochodzenie, kto doradzał prezydentowi”. A przecież, o ile mi wiadomo, dochodzenia w sprawie kawalerki i apartamentu są prowadzone, a prokuratura może jeszcze zaśpiewać: „Nie dokazuj, miły, nie dokazuj…”.
Tak zwany model prezydencki i wzorowanie się na konstytucji amerykańskiej otwierają szerokie pole dla rządów umysłów o torowości przystanku kolejowego w Obrowie pod Toruniem. Jeżdżą tam już tylko autobusy, a z PKP ostał się jeno jeden tor. A propos torów – istnieje niemiecki wyraz der Tor (nie mylić z das Tor), który zaskakuje znaczeniem w kontekście możliwości umysłowych i zjawisk politycznych. Oznacza głupca. Oczywiście wszelkie skojarzenia z pochodzeniem niemieckim różnych prezydentów są tu nie na miejscu… Spora część prawników w USA uważa konstytucję amerykańską, mimo 27 poprawek, za amoralną. Ten akt ocenia zgodność ustaw i praw ze swoimi przepisami, mniejszą wagę przywiązując do aktualnej sytuacji moralnospołecznej państwa. Polska konstytucja głębiej definiuje oparte na myśli europejskiej wartości moralne, ale pozwala, niestety, szarogęsić się zwykłemu przecież tylko urzędnikowi w sposób, którego jej twórcy nie byli w stanie przewidzieć. I tu potrzebna byłaby dobra zmiana.
Na razie wszystko w sferze projektów, ale Polska już dziś stała się krajem rad prezydenckich. Być może wynika to ze złudnej (patrz PiS) wiary w moc tzw. inteligencji roju. W 22. rocznicę przystąpienia RP do UE Karol Nawrocki serwuje rodakom stwierdzenie: „To nie jest Unia moich marzeń”. I to bardzo, bardzo dobrze, a nawiasem mówiąc, według ostatniego sondażu 72,8 proc. Polaków mało to obchodzi. Mnie także. Pozdrawiam TADEUSZ
1 maja 2004 „wstąpiłem” do Unii Europejskiej
Wtedy Paryż, Amsterdam, Londyn, Berlin, Ateny i Barcelona stały się również moim dziedzictwem – miejscami, po których mogłem wreszcie swobodnie spacerować. Mieszkam tu, ale mogę żyć tam, gdzie chcę. Jeden mój syn wybrał Hiszpanię, drugi Polskę. Wystarczy rozejrzeć się wokół: oczyszczalnie, kanalizacja, wodociągi, drogi, autostrady, telekomunikacja – Polska odrodzona dzięki funduszom UE, czystsza, piękniejsza, lepiej zorganizowana. Ale dla mnie najcenniejszym darem Unii jest coś innego – pokój w mojej Europie. Można przypuszczać, że gdyby Ukraina i Rosja były częścią tego samego systemu współpracy, nie byłoby tej wojny. To naprawdę niewiele kosztuje – tolerancję dla różnorodności (z wyjątkiem ideologii przemocy), akceptację demokratycznego prawa, równość narodów i otwarte granice.
Członkostwo w UE ujawnia paradoks posiadania: daje korzyści, ale jednocześnie tworzy pole do ich negowania. Bez Unii nie byłoby dziś w Polsce polityków i polityki opartej na sprzeciwie wobec niej – bo nie byłoby czego odrzucać. Czuję wdzięczność wobec tych, którzy wprowadzili nas do Unii, i sprzeciw wobec tych, którzy próbują cofnąć Europę do świata granic, autorytaryzmów i wojen. RYSZARD
Konstytucja? Ale tylko moja!
Trudno oprzeć się wrażeniu, że ostatnimi czasy w polskiej polityce pewne rzeczy dzieją się według stałego scenariusza: najpierw ignorujesz obowiązujące reguły, potem ogłaszasz, że te reguły są złe – a na końcu proponujesz napisanie ich od nowa, najlepiej pod siebie. Tak przez lata robił PiS, łamiąc konstytucję i wybierając tylko te jej zapisy, które mu odpowiadały, i tak wygląda najnowsza inicjatywa Karola Nawrockiego, polegająca na powołaniu zespołu do opracowania nowej konstytucji. Konstytucja to fundament państwa. Jeśli ktoś chce ją zmieniać, powinien najpierw wykazać elementarny szacunek dla ustawy zasadniczej, która obowiązuje. Tymczasem mamy do czynienia z politykiem, który zamiast budować praktykę konstytucyjnego państwa – konsekwentnie ją depcze.
Lista zarzutów jest długa, choć okres współrządzenia jest stosunkowo krótki. Przede wszystkim chodzi o chroniczny brak współdziałania z rządem, który w systemie parlamentarnym nie jest opcją, lecz obowiązkiem wynikającym wprost z ustawy zasadniczej. Konstytucja zakłada równowagę władz i ich współpracę, a nie permanentny konflikt i blokowanie inicjatyw tylko dlatego, że pochodzą „z drugiej strony”. Jeśli głowa państwa traktuje rząd jak przeciwnika, a nie partnera, to mamy do czynienia z wypaczeniem ducha konstytucji. Do tego dochodzą działania balansujące na granicy lub wprost naruszające przepisy konstytucyjne – choćby próby rozszerzania własnych kompetencji w sferach, które przypisane są Radzie Ministrów. Mowa tu o polityce zagranicznej czy bezpieczeństwie, gdzie prezydent ma określoną rolę, ale nie jest decydentem.
Tymczasem narracja Nawrockiego coraz częściej sugeruje model prezydentury quasiwykonawczej, z ambicją bezpośredniego wpływu na wojsko, służby i dyplomację. To szczególnie niepokojące w kontekście zapowiedzi pracy nad nową konstytucją. Bo jeśli ktoś najpierw testuje granice obecnego systemu, a potem proponuje jego zmianę w kierunku większej koncentracji swojej władzy – trudno nie zadać pytania o intencje. Czy chodzi o usprawnienie państwa, czy raczej o jego podporządkowanie jednemu osobnikowi? Wiem, że w tej kadencji Sejmu nie ma żadnych szans na jakąkolwiek zmianę w konstytucji, więc śmiech wręcz wzbudza skład powołanego zespołu. Zamiast szerokiego, pluralistycznego gremium reprezentującego różne nurty myślenia, widzimy raczej środowisko ideowo jednorodne, złożone z osób, które w przeszłości niejednokrotnie dawały wyraz swojej skłonności do reinterpretowania prawa w duchu bieżącej polityki. Aż chciałoby się w tym miejscu zacytować jednego z członków zespołu, Józefa Zycha, który kiedyś – nie wiedząc, że mikrofony są wciąż włączone – powiedział: „Nie przychodź mi tu, k…, z takimi rzeczami”. Szkoda, że nie powiedział tak Karolowi Nawrockiemu.
Wiadomo, Zych jest zaprawiony w pracach nad konstytucją, co można zilustrować następnym jego słynnym cytatem, tym razem już przy w pełni włączonych mikrofonach: „Wysoki Sejmie, nie po raz pierwszy staje mi…”. O pozostałych członkach zespołu nawet tego powiedzieć nie można. To nie są dobre wróżby dla jakości proponowanych rozwiązań. Konstytucji nie pisze się dla jednej kadencji ani dla jednego polityka. Pisze się ją na pokolenia – także dla tych, którzy będą rządzić kiedyś. Jeśli więc już dziś widać tendencję do zawłaszczania instytucji i naginania zasad, to trudno uwierzyć, że projekt nowej ustawy zasadniczej będzie aktem bezstronnej refleksji nad państwem.
Panie Nawrocki, konstytucja nie jest przeszkodą w sprawowaniu władzy. Jest jej ograniczeniem – i właśnie dlatego jest tak ważna. Jeśli ktoś widzi w niej problem, to być może problem nie leży w konstytucji, lecz w nim samym. ELA
Pytanie
Nawet przyjmując, że prezydent Karol Nawrocki jest w pewnym stopniu zakładnikiem swojego ekstremalnego, o poglądach narodowych, w większości antyukraińskiego elektoratu, to jednak powinien wiedzieć, że kampania wyborcza i wybory dawno się skończyły i prezydent Polski nie jest prezydentem części narodu, lecz wszystkich Polaków. Jako prezydent powinien wiedzieć, że polską racją stanu jest daleko idąca, bez stawiania warunków, współpraca z bohaterskim narodem ukraińskim, stawiającym opór imperialnej Rosji Putina. Profesor Jacek Czaputowicz, minister spraw zagranicznych, stwierdził jednoznacznie: „że w interesie Polski jest silna Ukraina, powinniśmy ją wspierać i nie podcinać korzeni, morale w ich walce. Doraźne interesy na krwawiącym państwie (gdzie miesięcznie prawdopodobnie ginie kilkanaście tysięcy Ukraińców) przyniosą tragiczne skutki”. A na koniec użył bardzo mocnych słów, tak aby do niektórych „zakutych łbów” dotarło, że: „Są państwa silne jak lwy, są przebiegłe jak lisy i są państwa jak hieny i szakale. I my prowadzimy politykę hien i szakali”. Pozostawiam to bez komentarza. Zdecydowanie bardziej łagodnie, ale precyzyjnie zadała Polakom pytanie uciekinierka z Ukrainy, pracująca w Polsce od kilku lat: „Polacy, czego Wy chcecie od nas?”. Przyznam, ja nie wiem, może na to pytanie odpowie pan prezydent Karol Nawrocki, bo on, jak się okazuje, umie ocenić każdą sytuację i odróżniać dobro od zła. POLAK MAŁY
Winda do nieba
Ucieszył mnie pewnego ranka stary przebój „Windą do nieba”. Takich hitów się nie zapomina. Wiedziałem, że śpiewa to Elżbieta Dmoch z grupą Dwa Plus Jeden, ale nie pamiętałem, kto napisał słowa. Wygooglowałem tytuł i okazało się, że Marek Dutkiewicz, który świętuje w tym roku 55 lat twórczości, o czym informowała ANGORA w 12. numerze. Wzruszyłem się nieco, gdy się okazało, że po raz pierwszy zaśpiewano ją w roku narodzin mojej jedynaczki, ale też uśmiałem się po chwili, bo „windę do nieba” wyprzedziła na stronie internetowej jakaś firma oferująca bilety! Skojarzenie z biletem do nieba było śmieszne, a że mój okazał się trefny, mina szybko mi zrzedła tego ranka. Nie pamiętam, czy coś się już sypało w naszej demografii, gdy Janusz Kruk pisał muzykę do tych słów, ale wiem, że dziś się sypie, choć kolejne ekipy rządzące wciąż sypią bez opamiętania kasę na ten ważny społecznie cel.
Historia ludzkości pokazuje, że dzieci się ma bez względu na wszelkie okoliczności. Wystarczy rzut oka na Gazę. Liczba dzieci bawiących się w tym piekle na gruzach jest najlepszym dowodem na to, że jak się chce mieć dzieci, to się je ma. Nie inaczej było u nas w czasie wojny i długo potem też, gdy trzeba było odbudować pogłowie narodu i zrujnowany kraj. Wychodzi na to, że im trudniej i biedniej, tym więcej rodzi się dzieci. Jestem z wielodzietnej rodziny wielkomiejskiej i inteligenckiej, co nie jest bez znaczenia, bo w moim pokoleniu tak samo dużo dzieci rodziło się w mieście i na wsi. Gdy kapitalizm wywiódł miasto w pole, a wieś wywędrowała do miast, demografia zaczęła się sypać. Ci, co zostali w opłotkach pod czujnym okiem Kościoła, wciąż rodzą sporo dzieci, co widzę każdego dnia w swoim oknie z widokiem na szkołę. PiS nie wymaga sponsorowania dzietności, ale kasę bierze i wydaje na co innego. Wieś wyładniała, jest nowocześnie zarządzana, co cieszy, a pod szkołą pełno samochodów. Dzieci nie chodzą dziś do szkoły, one są wożone!
Dziwię się im, bo przecież w drodze do i ze szkoły najwięcej się zawsze działo. Zapatrzeni od kołyski w smartfony oglądają świat zza szyb samochodów. Dwoje dzieci na wsi to standard, troje i czworo też nierzadko, więc samochody kupują coraz nowsze i większe. Nikt nie brodzi w błocie, wszędzie asfalt, chodniki, parki, kwiaty, nowe domy, ścieżki rowerowe, a mimo to wieś uparcie i bezrozumnie głosuje tak, jakby się nic nie zmieniło albo jakby to wszystko było wyłącznie zasługą tych, którzy najgłośniej krzyczą, że czarne jest czarne, a białe jest białe. A teraz jeszcze ten koszmarny Czarnek, kolejne nieszczęście, oby niespełnione, buńczuczny ortodoks, po którym można się spodziewać wszystkiego najgorszego, więc czarno to widzę, mieszkając w sąsiedztwie takich wsi, jak Czarna, Czarne, Ciemne i wielu innych pasujących jak ulał do kolejnego królika z kapelusza Kaczyńskiego.
Tym ważniejsze staje się pytanie z pozoru tylko retoryczne: czemu miały służyć te pieniądze 500 i 800 plus – prokreacji czy rekreacji, bo przecież dobrze wiemy, że wiele z tego wydawane jest na wyjazdy, na hulanki i swawole oraz kolejne samochody w rodzinie. Polska to piękny kraj, ale czy już aż tak bogaty, że władza może być rozrzutna i żadna nie ma odwagi tego skasować? Czy nie czas już aby na rachunek sumienia, kosztów i efektów? LUCJAN CERES