W obronie „chłopców” z Pomorza
Pozwalam sobie przesłać moje wspomnienia z dawnych lat okupacji niemieckiej na Kaszubach. Jest to mój odzew na liczne artykuły dotyczące „chłopców” powoływanych do niemieckiego wojska, a także do wystawy „Nasi chłopcy, mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy”. Mam 94 lata, ale pamięć nienajgorszą i choć wspomnienia dotyczą lat dziecięcych, zakodowały się w mojej głowie do dzisiaj. Jestem Gdańszczanką urodzoną w Wolnym Mieście Gdańsku. Moi rodzice należeli do polskiej mniejszości narodowej. Ojciec, pracownik Poczty Polskiej w Gdańsku, został 5 października 1939 r. rozstrzelany na Zaspie. W młodości był powstańcem wielkopolskim, górnośląskim oraz walczył w 1920 r. w obronie Warszawy.
Moja mama wraz z nami, dziećmi (8 lat i 4 lata), schroniła się w ostatnich dniach sierpnia 1939 r. u swoich rodziców w Kartuzach (Kaszuby), aby przetrwać, jak się wydawało, krótkotrwałą wojnę z Niemcami. Stało się inaczej. Zaraz po wkroczeniu wojsk niemieckich hitlerowcy dokonali pierwszej publicznej egzekucji w Kartuzach, w lasku na Wzgórzu Wolności. Następne morderstwa odbywały się przeważnie w kaszubskich lasach, także w kartuskim więzieniu i na ulicach (…).
Po stronie okupanta gdańskim namiestnikiem Hitlera był od 1933 r. Bawarczyk Albert Forster. Jako gorliwy wykonawca poleceń Hitlera z energią zabrał się do likwidacji polskości na Pomorzu Gdańskim. Polegało to głównie na wynarodowianiu całych grup społecznych i wywożeniu do obozów koncentracyjnych. Wdowy po tych męczennikach były wysiedlane z mieszkań, które zajmowali przesiedleńcy z Niemiec, wysocy urzędnicy państwowi, członkowie NSDAP oraz działacze SA i SS. Co do pozostałej ludności Pomorza Forster wpadł na szatański pomysł wprowadzenia podziału ludzi na grupy.
I tak w mojej pamięci utworzono cztery grupy narodowościowe. I grupa – Reichdeutsch – to narodowi Niemcy zasiedleni jeszcze w czasie zaboru pruskiego, stali obywatele niemieccy. II grupa – Volksdeutsch – to Polacy przyznający się do jakichś koneksji z obywatelami niemieckimi lub powiązani rodzinnie z Niemcami. III grupa – Eingedeutsch – to ludzie zniemczeni. Były to przygotowane przez Niemców listy pozostałych mieszkańców miast i wsi. Ta grupa obejmowała najliczniejszą część polskich obywateli Pomorza. IV grupa to pozostałe osoby, nieprzynależące do żadnej z wymienionych grup.
Od intensywności działań starostów poszczególnych powiatów, niemieckich landratów i od stosowanych przez nich środków przymusu zależało podpisanie lub niepodpisanie listy. Landratem powiatu kartuskiego był Herbert Busch, narodowy, fanatyczny partyjniak, przyjaciel Alberta Forstera, którego celem było zgłoszenie Hitlerowi, że zgodnie z jego decyzją nie ma Polaków na Pomorzu Gdańskim. Ponadto młodzież z III grupy można było włączyć do niemieckiego wojska. Pamiętam z tamtego okresu niezliczone rozważania w rodzinie i wśród zaufanych znajomych, co robić: podpisać listy, czy nie. Podpisanie znaczyło wyrzeczenie się polskiego obywatelstwa, co uważano za hańbę, niepodpisanie groziło licznymi represjami (…).
Mój wujek, brat mojej mamy, Alfons Kruczyński, gimnazjalista przed maturą, wraz z kilkoma kolegami zdecydowanie odmówił podpisania III grupy. Wkrótce został aresztowany – podobnie jak pozostali zbuntowani. Nikt nie wiedział, gdzie są. Moja babcia dowiedziała się, że są zamknięci w kartuskiej wieży wodociągowej. Była jesień, babcia udała się tam, aby zobaczyć syna. Zabrała ciepłą bieliznę i trochę żywności. Uprosiła dozorcę niemieckiego, który ją znał i wpuścił na widzenie z synem. Asiu – tak wołano na Alfonsa – zmienił bieliznę. Ta używana miała liczne ślady krwi, bo był bity. Radził się matki: „Mamo, co mam zrobić, postawiono mi ultimatum, grozi mi albo wojsko niemieckie, albo obóz koncentracyjny”. Babcia odpowiedziała: „Synu, musisz sam zadecydować, każda moja rada będzie zła”. Ponieważ były przypadki dezercji z wojska niemieckiego, a nawet przyjmowania tych Polaków do armii polskiej, młodzi ludzie mieli nadzieję i szansę, że im też się uda, mimo gróźb rozstrzelania.
Ci, którzy trafili na front wschodni, takiej szansy nie mieli. Stalin nie tolerował dezercji Polaków i w najlepszym razie jeńców wysyłał na Sybir. Grupa kartuskich Polaków w wojsku niemieckim początkowo została przydzielona do Francji, jednak Niemcy szybko nabrali podejrzeń co do ich zamiarów i pechowcy, wśród których był mój wujek, zostali przewiezieni na front wschodni. Przysyłał piękne listy pisane – mimo ostrego zakazu – po polsku. Przy ostatnim pożegnaniu, gdy wyruszał na front, powiedział: „Albo wrócę w innym mundurze, albo nie wrócę nigdy”. Niestety, sprawdziło się to drugie i zginął gdzieś nad Donem w mundurze, którego nienawidził. Jako dziecko doświadczyłam całej grozy tamtego okresu.
W mojej klasie (był obowiązek nauki w niemieckiej szkole) były także polskie dzieci, których ojcowie zostali zamordowani po wejściu Niemców albo zginęli w obozach śmierci. Matki, zwykle bez zawodu, w wielkiej biedzie samodzielnie je wychowywały. Przeżycia tamtych lat zakodowały się w umysłach dzieci i przetrwały do końca ich życia. Pomimo represji i szykan ze strony okupanta powstała i działała na Pomorzu Gdańskim tajna organizacja do walki z Niemcami pod nazwą Gryf Pomorski. Niestety, większość członków została wytropiona i zamordowana. Z wielkim smutkiem zauważam brak znajomości historii, brak zrozumienia i niesprawiedliwe oskarżanie ludności Pomorza, w tym Kaszubów, o niemieckość, o zdradę Ojczyzny, o ochotnicze przystępowanie do niemieckiego wojska. Takie opinie wygłaszają zarówno osoby prywatne, jak i urzędowe. Prawdą jest, że cała Polska walczyła z okupantem i cała Polska, także Pomorze, w tym Kaszubi, ponieśli ofiary za wolność. Z poważaniem STEFANIA KOZIAROWSKA
Trudne piękno
Zima znowu nas zaskoczyła. Tuż przed sylwestrem pojawił się biały puch, zwany przez, ujmę to dosyć oględnie, niezadowolonych białym czymś innym. Puszyło, puszyło, puszyło i jeszcze raz puszyło tym puchem, aż na peronach niektórych stacji PKP zabrakło miejsca dla pasażerów. Premier zwoływał sztaby kryzysowe, meteorolodzy zapowiadali kolejne opady, a wielbiciele biegówek zacierali ręce. No i dzieci!
Sanki, łyżwy, bałwany, śnieżki, czyli coś, czego ostatnimi czasy był zdecydowany deficyt! Tymczasem w innym świecie, gdzie litery nie są drukowane atramentem na białych kartkach, lecz przyporządkowane wypukłym kropkom (…), a biała laska stanowi nieodzowny element wyposażenia przy wyjściu na zewnątrz, zapanowało wymowne oczekiwanie.
Podstawowe pytania brzmiały: ile śniegu spadnie oraz czy chodniki będą odśnieżone? Wkrótce okazało się, że odpowiedzi na nie, przynajmniej w niektórych częściach kraju, okazały się niezbyt ciekawe. Śniegu spadło dużo, a nawet bardzo dużo, a służby – no cóż, czy można było się spodziewać czegoś innego, gdy biały puch prószył w zasadzie nieustannie – pozostawiły chodniki na pastwę ludzkich butów. Coś tam było wydeptane, jakieś szlaki mniej więcej przetarte, ale o odśnieżeniu trudno było mówić. Oto inne oblicze zimy. Wychodzę. Jest mroźnie i wilgotno, co daje się łatwo wyczuć.
Moja biała laska trafia na koniec zadaszonego terenu. Dalej jest już tylko śnieg. Śnieg tam, gdzie był dotąd chodnik, śnieg tam, gdzie dotąd był krawężnik, śnieg tam, gdzie dotąd był trawnik i śnieg tam, gdzie dotąd była jezdnia, czyli śnieg wszędzie. Wiem, że krzewy, drzewa, samochody i budynki są tam, gdzie zawsze, ale dla mnie oznacza to: gdzieś tam, wśród śniegu. Koniec białej laski wciąż natrafia na śnieg. Gdzie jestem? To już ulica czy może jeszcze nie? A może trawnik, bo bez kontroli krawężnika nie wiem, czy nie skręciłem. Tempo marszu – zwykle chodzę w miarę szybko po znanym sobie terenie – spada znacznie, bo ten dotąd znany teren, naznaczony trotuarami, krawężnikami, trawnikami i innymi punktami charakterystycznymi, możliwymi do wyczucia laską, nagle stał się nieznany. Wiem, że jestem przed swoim blokiem, ale to wszystko, a w kontekście dojścia na przystanek tramwajowy czy do sklepu to stanowczo za mało. Ktoś powie: a od czego masz uszy? Fakt, to trochę pomaga, słuch znaczy, ale nie załatwia sprawy.
Nie jestem nietoperzem, który wysyła ultradźwięki, a potem odbiera odbitą falę. Wiem, na Discovery czy innym kanale pokazywano film o niewidomym, który za pomocą słuchu mijał przeszkody i jeździł na rowerze. Ma to tyle wspólnego z rzeczywistością co film o kimś wyginającym łyżeczki siłą woli.
Czy w to nie wierzę? Oczywiście, że wierzę. Chcę tylko powiedzieć, że ten niewidomy być może urodził się z jakimś ponadnaturalnym darem lub długo trenował na potrzeby filmu (…). Dla mnie to piękno jest okrutne. Może nie samo piękno, lecz warunki, które je stworzyły. Trudno znaleźć drogę, gdy dookoła tylko śnieg, śnieg, śnieg i nic innego. Dziś na przykład, gdy wyszedłem rano na dwór, niedziela, więc cisza, spokój, mało ludzi, samochodów, nagle natrafiłem na twardą powierzchnię. Ucieszyłem się, że ktoś tak dobrze odśnieżył chodnik. Tyle że po kilkunastu metrach coś mnie tknęło. Przecież dotychczas nie było tak różowo.
Owszem, jako tako dało się iść, bo ludzie wydeptali ścieżkę, a gdzieniegdzie to nawet beton chodnika dało się wyczuć, ale żeby aż tak długo? Sprawdzam po bokach. Czysto, zero śniegu. Sięgam jeszcze dalej. Twardo. I nagle do mnie dociera: jestem na ulicy. To asfalt, a nie chodnik. Zniosło mnie z kursu! Rozpaczliwie szukam miejsca, gdzie powinien znajdować się krawężnik, a dalej ubity przez przechodniów szlak oznaczający trotuar. Natrafiam na jakieś pagórki śnieżne, tak mniej więcej do połowy łydki, sięgam za nie laską. Jest! Wydeptana ścieżynka! Brnę przez śnieg ku wybawieniu. Tym razem się udało (…).
Każdy ma swoją zimę. Dzieci – tę mroźną, sankową, bałwaniastą, narciarską i z elementami bitwy na śnieżki, kierowcy zaś naznaczoną skrobaniem szyb, zwalaniem śniegu z zasypanego auta i przysłowiowym: „znów zima zaskoczyła drogowców”. Narciarze mają zimę zjazdową lub biegową, a artyści estetyczną, gdzie każda śnieżynka jest inna, a białe czapy śniegu na świerkach wyglądają bajecznie. Niewidomi mają swoją. Byłoby cudownie, gdyby była bezśnieżna. Są mniej lub bardziej udane pod tym względem w ostatnich latach. Śnieg nas nastraja do stawienia mu czoła. Są wśród nas tacy, którzy chcieliby jak niedźwiedź zakopać się w dniu, gdy nadciąga zima, i obudzić się z letargu po roztopach. Niestety, tak się nie da.
Na internetowych forach, whatsappowych grupach i mailin gowych listach dla niewidomych co roku pojawiają się pytania: czy macie jakiś patent na poruszanie się w śniegu? Nie, nie ma żadnego patentu. Śnieg oznacza dla nas kłopoty. Ukrywa przed nami znane dotąd szlaki, zataja informacyjne punkty. Nie sądzę, aby jakikolwiek niewidomy lubił śnieżną zimę. Oczywiście mogę się mylić, ale coś mi podpowiada, że akurat ten osąd jest prawdziwy. Chyba że chodzi o niewidomego, który nigdy nie wychodzi z domu sam. Mnie osobiście śnieg nauczył pokory. Nie zawsze jest tak, jak bym chciał, aby było, ale zawsze trzeba szukać wyjścia, bo na tym polega życie. I tego będę się trzymał. TOMASZ MATCZAK
Zrobił, bo mógł…
W okresie przedświątecznym wszędzie widoczny był „rotacyjny lokator Pałacu Namiestnikowskiego”. Zanim złożył nam życzenia świąteczne, spotkał się z prezydentem Ukrainy, którego zrugał za zbyt skromne wyrazy wdzięczności za naszą pomoc dla ogarniętej wojną Ukrainy, obdarował go zaś własną twórczością i pożegnał. Moim zdaniem czas i miejsce na te działania nie były właściwe, ale tak zrobił, bo mógł!
A zrobił jeszcze rzecz niebywałą: wyrzucił OKRĄGŁY STÓŁ – symbol pojednania Polaków o różnych poglądach politycznych. Pojednania tych, którzy walczyli ze sobą parę lat o swoje racje. Pozbył się tego symbolu naszej WIELKIEJ HISTORII. Pozbył się stołu, przy którym znaleźli swe miejsce aż trzej jego poprzednicy: Wałęsa, Kwaśniewski i Kaczyński. Jego tam nie było ze zrozumiałych powodów i dlatego ten stół tak go uwierał. Dziwny mebel, nieprzystający do gustów pana Karola. Ani przy nim coś zjeść, ani wypić, ani nawet w pingla nie ma jak zagrać. Pora więc na wymianę mebli. No i zrobił to, co zrobił. A zrobił to, bo mógł! A może podpowiedzieli mu to jego trzej wiceprezydenci (jeden to chyba uważa się nawet za nadprezydenta). Jeżeli to ich rada, to jawi się ona jako zwykła podpucha.
Zastanawiam się: co w zamian? Może powstanie tam sala treningowa, może będą odbywać tam jakieś balety (wszakże nasz Karol ma wprawę w ich organizowaniu)? Trump, wielki wzór Karola do naśladowania, coś też burzy, coś planuje wybudować nowego – byle była zabawa, byle postawić na swoim. Się wszystko okaże niedługo. Na razie pan Karol, niczym Braun, wzywa MOC BOŻĄ na pomoc i kraj błogosławi – też wzorem Trumpa. I jeszcze jedno. Panie Karolu Nawrocki, Jezus był Żydem, tak jak jego ziemscy rodzice, aż 11 apostołów było Żydami, z wyjątkiem Pawła, który jako jedyny był obywatelem rzymskim.
Może więc warto czasem coś przeczytać, o czymś pomyśleć, zanim wyrzuci się z Pałacu Namiestnikowskiego obyczaje poprzedników. Nie zawsze wzory dyktatorów są godne naśladowania. Jeżeli nawet Łukaszenko, Putin czy Trump szykują się do przekazania władzy swoim „genom”, to współczesna historia zna tylko casus Korei Północnej, gdzie nadal rządzi dynastia Kimów. Czy o to rotacyjnemu lokatorowi chodzi? I tym akcentem kończę, życząc Redakcji i Czytelnikom wszystkiego co najlepsze na cały ROK 2026. BABCIA HELENKA
Szopka
Zebrało mnie trochę na wspomnienia. W końcu to nic dziwnego, taki jest około świąteczny czas. Jako dzieciaki przeżywaliśmy święta, jak nietrudno się domyślić, całkowicie po dziecięcemu. A więc czekanie na Świętego Mikołaja, głównie po to, by móc następnego dnia pochwalić się przed gromadką, co dostaliśmy pod choinkę. Każdy o tym, co dostanie, wiedział wcześniej, bo przekopanie domowych zakamarków nie było wcale trudne, jednak kolegom można było to obwieścić dopiero w drodze na pasterkę. Pasterka była obowiązkowa i była nie lada przeżyciem. Dla nas – jeszcze niepijących – tym bardziej trudnym.
Ci, którzy nie byli jak ja ministrantami, kontakt z oparami znanymi wprawdzie z domu, ale spotęgowanymi, mieli przez bite dwie godziny. Wszak ludzie śpiewający, a kolędy śpiewali niemal wszyscy, muszą oddychać pełną piersią, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Następnego dnia było zbiorowe ślizganie się na zamarzniętej rzeczce, bo często w mikołajowych paczkach były łyżwy. Czasem nawet z butami, choć jednak rzadko. Najpierw trzeba było więc swoje obuwie przystosować do przytwierdzania do niego łyżew.
Ale od czego była noc po pasterce! Na rano całość musiała być gotowa. Mieliśmy jednak we wsi jeszcze dodatkową atrakcję. Jeden z naszych sąsiadów budował szopkę bożonarodzeniową i wystawiał ją przed swoim domem. Tyle że w tej szopce nic się nie zgadzało. Jezusek był większy od Józefa, osiołek i wół mniejsze od Maryi, a zamiast sianka była wata mająca udawać śnieg. Każdego roku było to samo. Jednak to wszystko jeszcze nic. W rogu szopki – tuż pod jej daszkiem – był wyrzeźbiony na desce „herb” naszego sąsiada.
Ponieważ nazywał się Stanisław Słowik, na desce było coś na kształt ptaszka i pod spodem napis „SS”. I tak było co roku, mimo iż zwracano mu delikatnie uwagę na niestosowność całej tej kompozycji. Doszło do tego, że w okresie Bożego Narodzenia krążyło we wsi zawołanie: „Po czym poznać głupiego? Po szopce jego”. Wszelkie skojarzenia ze współcześnie budowanymi szopkami są tylko zwykłą nadinterpretacją powyższego tekstu. ANDRZEJ ZAWADZKI
Wspomnienia z Żoliborza
Tak się złożyło, że mam co wspominać. Jako młody chłopak – nie miałem jeszcze 10 lat – mieszkałem na Żoliborzu podczas Powstania Warszawskiego w 1944 r. Niektóre wydarzenia pamiętam do dziś, ale przykro o nich wspominać. W każdym razie bohaterstwo powstańców przekraczało wszelkie granice. Ale czy decyzja o rozpoczęciu powstania była uzasadniona? Czy można było liczyć na pomoc Rosjan? Cóż – było, minęło… A jak wyglądała po powstaniu Warszawa? Rozpacz, wszędzie gruzy, aż przykro pisać i wspominać.
Dopiero w styczniu 1945 r. przyszło wyzwolenie. Dużo lat później, gdy wydoroślałem, poznałem wielu wspaniałych ludzi związanych z Żoliborzem. Wymienię cztery osoby: nieżyjącego już, niestety, wybitnego publicystę Daniela Passenta oraz trzech profesjonalistów pierwszej klasy: historyka sztuki i kolekcjonera mody Tadeusza Leję, dziennikarza muzycznego redaktora Dariusza Michalskiego oraz doktora Piotra Teslę, lekarza okulistę. Skarby dzielnicy! I pomyśleć – od powstania minęło już ponad 80 lat!
I tak wielu Polaków odeszło już na zawsze. Koszmar? Niestety – smutna rzeczywistość. O Kaczyńskim ani słowa! Nie będę, w nowym roku, psuł humoru Czytelnikom i Redaktorom ANGORY. KRZYSZTOF WAŚNIEWSKI
Czy codziennie jesz warzywa, czyli ministerialny bilans zdrowia
Właśnie wypełniłam ankietę „Moje Zdrowie – bilans zdrowia osoby dorosłej”. W szczególności zachwyciło mnie pytanie: „Czy codziennie jesz warzywa i/lub owoce (z wyłączeniem ziemniaków)?”, a jeszcze bardziej wybór możliwej odpowiedzi: TAK/NIE/TRUDNO POWIEDZIEĆ. Ciekawa jestem, jakie kroki podejmie Ministerstwo Zdrowia na bazie uzyskanych na to pytanie wyników, bo rozumiem, że ankieta nie jest robiona „sobie a muzom”, tylko w celu wdrożenia działań podnoszących stan zdrowia społeczeństwa? Może np. da ludziom darmowe talony na jabłka? No i co z tymi, którym TRUDNO POWIEDZIEĆ, czy te „warzywa i/lub owoce” codziennie jedzą? Co ciekawe, pytanie: „Czy spożywasz napoje alkoholowe w jakiejkolwiek postaci?”, nie daje tak szerokiego wyboru odpowiedzi. Tu bilansowany ma wiedzieć konkretnie: TAK lub NIE. Żadnego TRUDNO POWIEDZIEĆ. Jak często pijemy – to też już ministerstwa nie interesuje.
Reasumując: dokładnie wiemy, czy chlejemy alkohol, czy nie, ale już to, czy żremy marchewkę i jabłka – O! Tu mamy prawdziwy dylemat! Doprawdy, TRUDNO POWIEDZIEĆ!
Nie wiem, czemu taki „bilans” ma służyć, chyba tylko dalszemu zmarnowaniu kolejnej puli pieniędzy. Chętnie dowiedziałabym się, ile i komu Ministerstwo Zdrowia zapłaciło za wymyślenie kilkunastu infantylnych, niedookreślonych pytań, niewnoszących nic do oceny stanu zdrowia – ani indywidualnego pacjenta, ani społeczeństwa.
Zastanawiam się, jak autorowi tego, pożal się Boże „bilansu” uda się opracować, a w szczególności zinterpretować uzyskane wyniki. Nie ukrywam, że najbardziej intryguje mnie, jak wielu dorosłym osobom będzie TRUDNO POWIEDZIEĆ, czy te nieszczęsne „warzywa i/lub owoce” codziennie jedzą. Serdecznie pozdrawiam i w nowym roku życzę dużo zdrowia wszystkim „bilansowanym” pacjentom! MAŁGORZATA