R E K L A M A
R E K L A M A

Bunt – i po buncie. Wyprawa do Pitcairn

Ocean faluje... Faluje świadomość i myśl wzburzona... jak ta Camusa: "Tak bardzo kocham ten spokojny ogrom, te skrywające się ślady na wodzie, te płynne drogi... Nie ma miłości, której nie przerasta większa miłość, chyba że to ocean". 

Fot. PxHere

Głos nieprzypadkowy, bo do Pitcairn się zbliżamy, wyspy potomków buntowników, a bunt to fundamentalna wartość w świecie absurdu Camusa. Do dziś żyją potomkowie zbuntowanej załogi okrętu HMS „Bounty” i przywiezionych Tahitanek, którzy znaleźli tu kryjówkę przed poszukującą ich flotyllą brytyjską. Wyspę zastali niezamieszkaną, z życiodajną roślinnością i wodą, niedostępną – z jednym lądowiskiem między stromymi brzegami. Ich bunt stał się legendą, która od pokoleń pobudza wyobraźnię, popularyzowana przez poetów, w tym Byrona, pisarzy, takich jak Verne, hollywoodzkie ekranizacje z udziałem gwiazd: Gable’a, Brando, Hopkinsa. Weszła do popkultury jako klasyczny konflikt złego (kapitana) i tragicznego (buntownika).

Kotwica rzucona. Czekamy: dzień, dwa… Czekamy na okno pogodowe, które pozwoli się przebić przez fale przyboju już przygotowaną mikrołódką na skalisty brzeg obijany falami. Na Pitcairn nie ma portu ani lotniska. Istnieją jedynie dwie niewielkie przystanie: przy północnym wybrzeżu, w Bounty Bay – miejscu, gdzie buntownicy wyszli na ląd i spalili „Bounty” (wrak odnaleziono w 1957 roku), oraz po zachodniej stronie wyspy – tam właśnie zamierzamy zejść na brzeg.

Patrzę na osamotnioną palmę na skalnej wysepce niczym na straż przednią niegdysiejszych buntowników. Bunt! Camus zarażał „etycznym myśleniem” w świecie absurdu, w konfrontacji z rzeczywistością, w doświadczaniu „wołania i milczenia świata”, w świadomości „nieuniknionego upadku” przypadkowego istnienia. Paradoksalnie, poczucie absurdu jest szansą, bo wyzwala bunt, dzięki któremu możemy być czymś więcej niż jesteśmy, możemy wyjść poza siebie w przestrzeń wolności. Ale: nie ślepa kontestacja, a afirmacja wartości, w imię których się buntujemy.

Przedłuża się czekanie… Na bunt?… A niech te brudne włosy, broda, paznokcie sobie rosną, niech skóra staje się lepka, wilgotna, w ustach niech zgrzyta sól, a nieład rośnie, no i – absurd. Hipsterskie, naiwne, głupie… Stoimy na kotwicy, to i mózg stoi. Każdy jest wyspą, mniej lub bardziej podatny na bunt. Buntuję się, więc jestem. Bunt to życie. Bunt nie przemija. Bunt się ustatecznia. Żeby istnieć, trzeba się buntować. Teraz, teraz… Fala osłabła. Na ląd! – zadecydowała kapitan.

Na nabrzeżu czekał quad. Wspinamy się nim do Adamstown. Przez tropikalny las, przez ziemię, która wydaje się nieziemską. Olśnienie? – nic nie znaczy, a jest. Jak czysta, uzewnętrzniona, a jeszcze nierozpoznana świadomość, kolorowo jasna, tak irracjonalna, że aż rajska. Albo – opętanie bycia kimś, kim nigdy nie byłem.

Welcome to Pitcairn Island – tej treści pieczątkę wbito nam do paszportu. Zaskoczenie! – polski lekarz. Nareszcie mogę z kimś pogadać po polsku – wita nas Maciek, który jest tu na nowozelandzkim kontrakcie. Udziela pierwszych informacji: mieszka tu 44 tubylców w ośmiu domach rodzinnych, są trzy psy, kilka kotów, jedna koza. Przedstawia Marka, Amerykanina, który chce dokonać tu swego żywota, czeka na pozwolenie rady wyspy. Opiekuje się małym muzeum i tam nas zabiera.

Oglądamy eksponaty związane z historią Pitcairn. Przyjmuje się, że impulsem do buntu była kontrowersyjna postawa kapitana Bligha. Popadł w konflikt z pierwszym oficerem i przyjacielem Christianem, który stanął na czele buntu, a ten wybuchł po pobycie na Tahiti, gdzie lądowe uciechy, zwłaszcza seksualne, rozprężyły dyscyplinę. Z 42-osobowej załogi 22 były wierne kapitanowi, ale tylko 18 zmieściło się w szalupie, którą pozwolono im opuścić Bounty. Dzięki heroicznej żegludze Bligha dopłynęli do holenderskiej kolonii Timoru. Christian przejął kontrolę nad statkiem i najpierw wrócił na Tahiti, gdzie część rebeliantów została (tych schwytano i osądzono, trzech powieszono), a potem popłynął na Pitcairn z Tahitankami (niektóre zmuszono) i kilkoma ich tuziemcami. Gdy 25 lat później flotylla brytyjska odkryła ich kryjówkę, Christian nie żył, zabity w następstwie rosnącej agresji na wyspie, alkoholizmu, rywalizacji o kobiety. Z buntowników żył tylko John Adams, a poza nim kilka kobiet i dzieci. Amnestionowany, został sławionym założycielem społeczności Pitcairn, jego imieniem nazwano jedyną tu osadę.

Mark zaprowadził nas na grób Adamsa przy ścieżce, którą można dojść do jaskini im. Christiana. Zaczęło padać. Ulewa. Przeczekaliśmy ją w domu doktora, gdzie rozmowę zdominowała pedofilska afera, która ujawniała seksualne zwyczaje, solidarnie tu bronione jako zgodne z tradycją polinezyjską, związane z rzekomą gotowością dziewczynek do życia seksualnego już po pierwszej menstruacji. Afera doprowadziła do procesu karnego i skazania oskarżonych, w tym burmistrza, na kary więzienia; a kolejnego burmistrza – za posiadanie pornografii z udziałem dzieci (w 2016 roku). To echo dawnej seksagresji, która mało nie unicestwiła osadnictwa. Wiele się zmieniło, bo do procesu doprowadziły skarżące się ofiary, kształcące się w Nowej Zelandii. Dzieci do 12. roku życia uczą się na wyspie, starsze w Nowej Zelandii. Dziś na Pitcairn jest już tylko jedna dziewczynka w wieku szkolnym, z tego powodu szkołę zawieszono.

Ulewa ustała. I choć gruntowe drogi są trudno przejezdne, doktor zorganizował nam objazd wyspy quadem z jednym z ostatnich młodych mieszkańców Pitcairn. Pejzaże, krajobrazy, bliskie, dalekie – spektakularne, ale już nie z „widokiem na olśnienie”. Smutek i radość w jednym. Smutek, bo niedosyt, radość, bo napędza ciekawość.

Bunt – i po buncie. Kotwica podniesiona. Zostawiamy Pitcairn, na której dżuma to nie szczury, choć ich niemało, na co skarżył się doktor, ale starość i brak dzieci. Grozi to depopulacją, skansenem, nowym osadnictwem. Jedyne, co w tej grze dżumy z buntem można wygrać, to wiedza i pamięć, no i życie Syzyfa, ale warto, choć jego los jest znany. Znowu ten Camus:

Spoglądam na morze i po raz kolejny próbuję uchwycić obraz, którego poszukuję od lat, obraz tych deseni i rysunków, jakie czyni na morzu woda odrzucana przez dziób. Gdy go uchwycę, będzie koniec.

Jeszcze nie. Jeszcze nie koniec. Ta podróż i ta życiem nazywana jeszcze trwa, jeszcze faluje przez ocean. 

2026-05-17

Leszek Turkiewicz