Podobny pomysł ma węgierski premier Péter Magyar. W jego propozycji stawka ma wynieść 1 proc. Podatki od majątków funkcjonują już w części krajów Ameryki Łacińskiej, między innymi w Kolumbii i Boliwii. Coraz więcej rządów dochodzi do wniosku, że skoro trzeba szukać pieniędzy na usługi publiczne, ochronę zdrowia, transformację energetyczną, warto zajrzeć do kieszeni tych, którzy mają najwięcej. Bo nierówności majątkowe osiągnęły rozmiary trudne do zignorowania. Najbiedniejsza połowa ludzkości posiada zaledwie 2 proc. światowego bogactwa, a udział miliarderów w globalnym majątku sięga 6 proc. W świecie, gdzie Elon Musk został pierwszym człowiekiem dysponującym fortuną wartą bilion dolarów, pytanie o dodatkowe opodatkowanie krezusów przestaje być wyłącznie ideologicznym sporem. Równie duże różnice istnieją między państwami. Średni dochód mieszkańca Ameryki Północnej jest nawet szesnaście razy wyższy niż w krajach Afryki Subsaharyjskiej.
Nie dziwią więc dyskusje o konieczności ograniczania nierówności i szukania nowych źródeł pieniędzy. Nawet liberalne środowiska patrzą na podatek od majątku znacznie życzliwiej. Na propozycję Frederiksen z entuzjazmem zareagowała „Gazeta Wyborcza”, przyznając duńskiej premierce tytuł Człowieka Roku. Co więcej, laudację wygłosił premier Donald Tusk, można więc spodziewać się, że także w Polsce nadchodzą dobre czasy dla socjaldemokratycznych inicjatyw.
Nie oznacza to oczywiście, że Europa szykuje fiskalną rewolucję. Stawki rzędu 0,5 czy 1 proc. są raczej ostrożnym pierwszym krokiem niż próbą zasadniczego przetasowania społecznej drabiny. Ale jeszcze kilka lat temu trudno byłoby sobie wyobrazić, że politycy tacy jak Frederiksen czy Tusk będą wypowiadać się z sympatią o podobnych pomysłach.