Zaczął od sprzedaży książek na ulicy z wynagrodzeniem 10 zł dziennie. – Mówię: kurczę, nie wykarmię tej rodziny, a miałem jeszcze aspiracje, żeby pójść na studia. Pomoc przyszła od dziadka żony, właściciela firmy instalacyjnej. Przyjął chłopaka, lecz nie zamierzał płacić mu jak fachowcowi. Stanęło na pensji 3,80 zł za godzinę. Marcin zaczął patrzeć na zarobki starszych kolegów. Hydraulik dostawał 5,50 zł, spawacz – 8,50 zł. Zapytał, co musi zrobić, żeby zostać i jednym, i drugim. Po pół roku nauki był już hydraulikiem. Potem nauczył się spawać. Wreszcie pieniędzy wystarczało od pierwszego do pierwszego. Wtedy pojawiła się myśl o własnym biznesie. Pożyczył od znajomego narzędzia na pierwszy miesiąc. Na pomocników nie było go stać. Wszystko robił sam. Nie dostał nawet kredytu, choć chętnie by go wziął.
– W zasadzie jedyne, co miałem, to swoją wiedzę i pracę (…). Ucząc się na swoich błędach, rozwijałem tę firmę. To mi dawało bardzo dużą satysfakcję. Dziś stoi na czele przedsiębiorstwa, którego roczne przychody przekraczają 200 mln zł. Zatrudnia około 120 pracowników. Sukces nie przyćmił pamięci o biedzie. Kiedy dowiaduje się, że ktoś żyje w zimnie, bez podstawowych wygód, potrafi pojechać i wykonać instalację. Czasem anonimowo montuje kotłownię w domu rodziny, której nie stać na taką inwestycję. – Patrzę na radość tych ludzi. Tego za żadne pieniądze się nie kupi.
Zna też cenę swoich osiągnięć. Latami pracował po 18 godzin na dobę, sześć dni w tygodniu. Gdy córka była mała, prawie nie widywała ojca. Ciągły stres odbijał się na zdrowiu i życiu rodziny, więc dzisiaj, podczas urlopów, stara się odcinać od telefonów i maili. I nie chce już za wszelką cenę pomnażać fortuny. – Co z tego, że mój majątek będzie dziesięć razy większy? To nic w moim życiu nie zmieni.