Mierząc się każdego tygodnia z najnowszymi autami – często tuż po ich premierach – i wsiadając do modeli Subaru z obecnego rozdania, mogłem odbyć prawdziwą podróż w czasie. Zarówno sprawdzany kilka miesięcy temu większy SUV Forester, jak i mniejszy Crosstrek śmiało mogłyby uchodzić za nowości i dobrych 10 lat temu…
Projekt deski rozdzielczej utrzymany jest tu w siermiężnym, pozbawionym polotu stylu. Materiały wykończeniowe są twarde i ciemne. Ponuro. Grafiki na centralnym ekranie dotykowym trącą myszką. Staroświecka jest długa dźwignia automatycznej skrzyni biegów. Z „innej epoki” są fizyczne przyciski, których jest wyjątkowo dużo. Pomagają obsłużyć klimatyzację, radio, tempomat, podgrzewanie foteli… Mamy też zwyczajne białe analogowe wskazówki zegarów… Wszystko to składa się na bardzo niedzisiejszą całość. I niekonkurencyjną, względem choćby zachłyśniętych jak największymi ekranami i błyszczącymi tworzywami Chińczyków. Wszystko to powoduje również, że w nieprzekombinowanej kabinie Subaru bardzo łatwo się odnaleźć. Coś za coś.
Nie szata zdobi Crosstreka
Jeśli nie zraża nas klimat swoistego powrotu do przeszłości we wnętrzu Crosstreka, może również przymkniemy oko na nieporywający wygląd tego wozu. Zachłysnąć się jego urodą było mi naprawdę trudno. To prosty kompakt, zaprojektowany bez silenia się na stylistyczne fajerwerki. Ale solidnie podwyższony, bo z aż 22-centymetrowym prześwitem nadwozia, co jest chyba rekordem w klasie, a to ma niebagatelne znaczenie po zjechaniu z asfaltu. Najfajniejszy detal widzę w sporym, kultowym logo Subaru – słynnych Plejadach, sześciu gwiazdach na niebieskim tle – umieszczonym na środku atrapy chłodnicy. O więcej „smaczków” już trudno…

Subskrybuj