R E K L A M A
R E K L A M A

Deklaracje były szumne. Recenzja Alpine A390

Kiedy francuski producent, specjalizujący się w produkcji małych, sportowych i rewelacyjnie prowadzących się wozów zapowiedział, że szykuje jedynego w swoim rodzaju elektrycznego SUV-a, uwierzyłem w te hasła i z niemałą ekscytacją czekałem na spotkanie. Nie skończyło się na rozczarowaniu, wręcz przeciwnie! Co nie zmienia faktu, że nie wróżę Alpine A390 spektakularnego sukcesu. Powód? Prozaiczny...

Fot. Maciej Woldan

SUV-y coupé. Trudno ostatnio o bardziej modny segment samochodów. Tego typu modele o podwyższonym prześwicie nadwozia, ze ściętym na sportową nutę tyłem, czuje się w obowiązku mieć w swojej gamie właściwie każda marka. Od premium po popularne. W Alpine, a więc firmie z wielkimi tradycjami, lecz zupełnie niezwiązanymi z takimi pojazdami, wyjątkowy wizerunek budowano na rasowych, lekkich sportowych wozach. Stwierdzono jednak, że najwyższa pora, aby dołączyć do niełatwego wyścigu nie tylko z europejską konkurencją i poddać się trendom… Efekt?

Stylistyczne sedno

Nie twierdzę, że A390 jest najpiękniejsze z licznej stawki. Uważam natomiast, że Alpine najlepiej oddaje pomysł na SUV-a coupé. Od francuskiej nowości aż bije zadziornością. Masa przetłoczeń, ostro „narysowane” reflektory, dynamiczna sylwetka, która wręcz krzyczy, że mamy do czynienia ze szczególnie szybkim autem. Tylko niezbyt dużo SUV-a w tym SUV-ie… Wszelkie terenowe aspiracje torpeduje parametr w postaci raptem 15-centrymetrowego prześwitu. Niemniej nie o takie zdolności chodziło Francuzom.

Fot. Maciej Woldan

 

Subskrybuj angorę
Czytaj bez żadnych ograniczeń gdzie i kiedy chcesz.


Już od
22,00 zł/mies




2026-08-20

Maciej Woldan