Cel nie zawsze uświęca środki
Nie pochwalił się…
Wokół spotkania Władysława Kosiniaka-Kamysza z Donaldem Trumpem narosła polityczna awantura. Pojawiło się pytanie, które w normalnie funkcjonującym państwie powinno paść natychmiast: Dlaczego minister obrony narodowej, odpowiedzialny za bezpieczeństwo Polski, dla kontaktu z prezydentem Stanów Zjednoczonych skorzystał z pośrednictwa Adama Bielana?
Bielan nie jest przecież urzędnikiem amerykańskiej administracji, dyplomatą ani – na szczęście – funkcjonariuszem polskiego rządu. To polityk PiS od lat związany z Jarosławem Kaczyńskim, uczestnik ostrych partyjnych rozgrywek. Jego nazwisko pojawiało się również w kontekście kontrowersji wokół Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. I właśnie takiemu politykowi minister obrony miał powierzyć – bezpośrednio albo za pośrednictwem swoich współpracowników – rolę pośrednika w kontaktach z Donaldem Trumpem. Cel nie zawsze uświęca środki, panie wicepremierze.
Można oczywiście powiedzieć: polityka to kontakty. Jeżeli ktoś ma numer telefonu do Trumpa, a polski minister tego numeru nie ma, to może warto z tego skorzystać. Tyle że takie rozumowanie prowadzi nas na bardzo niebezpieczny grunt. Bo jeśli minister obrony największego państwa wschodniej flanki NATO potrzebuje partyjnego pośrednika, jednej z czołowych postaci opozycji, żeby dostać się do prezydenta Stanów Zjednoczonych, to warto zapytać, co właściwie dzieje się z oficjalnymi kanałami polskiej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Czy K-K bezskutecznie próbował je wykorzystać, czy też skorzystał z podstawionej mu prowokacyjnie okazji?
Jeszcze bardziej zastanawiające jest milczenie K-K. Spotkanie odbyło się w marcu. Opinia publiczna dowiaduje się o nim dopiero teraz. Nie dlatego, że minister uznał, iż Polacy powinni znać kulisy ważnej rozmowy dotyczącej bezpieczeństwa państwa. Dowiadujemy się dlatego, że Adam Bielan postanowił o niej opowiedzieć. Dlaczego dowiadujemy się o tym właśnie od Bielana?
To odwrócenie normalnego porządku. Minister powinien powiedzieć: Spotkałem się z prezydentem USA, rozmawialiśmy o tym i o tym, rozmowa odbyła się w takich okolicznościach, a za jej organizację odpowiadały takie instytucje. Tymczasem mamy sytuację, w której polityk opozycji ujawnia kulisy spotkania ministra rządu z prezydentem Stanów Zjednoczonych, a potem wszyscy zastanawiają się, kto kogo zapraszał, kto komu pomagał i o czym właściwie rozmawiano. I żadne tłumaczenia kolegów partyjnych K-K tego nie są w stanie wyjaśnić.
Przypadek Szymona Hołowni powinien być dla Kosiniaka-Kamysza wystarczającym ostrzeżeniem. Bielan był przecież pośrednikiem w słynnym spotkaniu Hołowni z Jarosławem Kaczyńskim. Samo spotkanie nie było niczym nielegalnym, ale przyniosło konsekwencje, z których nie wygrzebiemy się przez lata. Można więc zadać Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi bardzo niewygodne pytanie: Czy po tamtej historii naprawdę nie zapaliła mu się żadna lampka ostrzegawcza?
Nie chcę powiedzieć, że skorzystanie z pomocy Bielana było przestępstwem. Nie jest też jednak z pewnością powodem do dumy, a wręcz odwrotnie – będzie ciągnęło się za K-K przez długie lata jak smród za szambiarką po wiejskiej drodze.
Na tej operacji najlepiej wychodzi sam Bielan, bo przecież chodziło o bezpieczeństwo państwa, więc nawet pochwalić się można. ARTUR BUKAJ
Uczmy się od dzików!
Kto ryje w Warszawie?
Inwentaryzacja warszawskich dzików w 2025 r. wykazała ok. 3 tys. osobników zamieszkujących w stolicy Polski. Do lipca br. odnotowano już ok. 14 tys. zgłoszeń ich obecności i 159 ataków na ludzi. Z braku możliwości wywiezienia zwierząt z powodu restrykcji związanych z chorobą świń (ASF), od września przyjęto do realizacji uchwałę Sejmiku Województwa Mazowieckiego o redukcji populacji dzików w sytuacjach zagrożenia. Społeczność Warszawy podzieliła się na zwolenników wyeliminowania (odstrzału) zwierząt i na ich obrońców, wychodzących z założenia, że niemające dokąd wyemigrować zwierzęta są praktycznie stałymi mieszkańcami Warszawy, bo w miejskiej dżungli przyszły na świat. I tak oto buchtujący trawniki dzik może stać się tłem dla syrenki – herbu miasta stołecznego Warszawy. Wniosek jest taki, że dzięki umiejętności sprawnego grupowego rycia można w sprzyjających okolicznościach osiągnąć wymarzony awans społeczny.
W przeciwieństwie do dzika, człowiek jest zawistny. Ryj, przepraszam, rej w oczernianiu premiera D. Tuska w oczach rządu D. Trumpa wodzi grupa polityków prawicy pod wodzą M. Morawieckiego. Wtóruje mu A. Bielan, D. Tarczyński oraz szef Biura Polityki Międzynarodowej przy prezydencie RP – M. Przydacz. Europoseł D. Tarczyński (widywany w USA na wiecach wyborczych D. Trumpa) obwieszcza z radością w 2024 r., że do D. Trumpa trafiły materiały z szeregiem negatywnych wypowiedzi na jego temat ze strony polityków KO, w tym premiera D. Tuska. Rycie pod suwerennością Polski przed wyborami prezydenckimi w 2025 r. prowadził M. Morawiecki w trakcie konferencji republikanów CPAC w Waszyngtonie. Oczekiwał ingerencji administracji D. Trumpa w wybory w Polsce! Podkopywał wiarygodność rządu polskiego, wskazując, że premier D. Tusk: „… jest bardzo proniemiecki i probrukselski, nie rozumie geopolitycznych wyzwań wokół, niszczy Polskę, którą kochamy (…), w zależności od tego, kto wygra wybory prezydenckie, mój ukochany kraj pójdzie albo w stronę wartości republikańskich, albo w stronę wartości lewicowo-liberalnych, w zasadzie powinienem powiedzieć: antywartości”. Podczas jego dzikiego (pozbawionego demokratycznych standardów) wystąpienia, przypomniałem sobie lisią twarz szlachetki Kuklinowskiego skierowaną do ojców paulinów, skłaniającego do poddania klasztoru w Częstochowie oblężonego w czasie szwedzkiego potopu. Z kolei, co pcha M. Przydacza do twierdzenia o niskiej wiarygodności oraz słabych notowaniach D. Tuska w oczach D. Trumpa i jego administracji? Chęć jego detronizacji – usunięcia progu, o który codziennie potyka się jego szef w marszu do jedynowładztwa! I pewność, że w oczach tych, którym sączy się stale do uszu ubrany w półprawdy zły przekaz, zapala się lampka zrozumienia. A republikanin zrozumiał, że narzędzie (produkt – NOWROCKY), gotowe do budowy konia trojańskiego do rozsadzenia UE od środka, samo pakuje mu się do rąk.
Mam swoje zdanie co do organizacji kilkudziesięciominutowego spotkania W. Kosiniaka- Kamysza z D. Trumpem w Białym Domu w marcu br. Nie sądzę, aby wyważony polski polityk chciał łamać protokół dyplomatyczny, pchając się za czyjąś namową do gabinetu D. Trumpa. Z inspirowaną przez kogoś „inicjatywą” musiał wyjść prezydent USA. Czy do zainspirowania D. Trumpa inspirował kogoś A. Bielan? Szef MON dziękował przecież kancelarii polskiego prezydenta. Ale czy A. Bielan nie przypisuje sobie zbyt wielu zasług? Czy aby żaba nie podstawia nogi, gdy konia kują? A w Warszawie ryją tylko dzikie świnie. JANUSZ
„Milczenie jedyną obroną”
Noże w rękach uczniów
Pisałam już do redakcji ANGORY, jestem czynną, dojeżdżającą nauczycielką. Czy po ostatnich wydarzeniach w szkołach się boję? Oczywiście! Nie chciałabym, aby to był mój ostatni dzień w pracy. Misja misją, ale za nią nie opłacę rachunków na zwolnieniu (tak jak wielu nauczycieli obecnie jest na L4, co wiąże się z wieloma zastępstwami). Nie oceniam ich, każdy ma prawo się bać i decydować o sobie. W klasach znaczące absencje…
Nie mam jednak żadnych możliwości zadbania o swoje bezpieczeństwo. Nikt nie uczył nas żadnych technik samoobrony. Nie wolno mi przeszukać plecaka czy torby ucznia. Nie mogę także skonfiskować mu niczego. Jeśli coś podejrzewam, nie mogę o tym mówić głośno, bo po co siać panikę? Lepiej milczeć i mieć nadzieję, że jednak to nie jest nic groźnego…
Może to była prowokacja Rosjan, aby policja pilnowała szkół, a wtedy bez przeszkód będą się działy inne akcje sabotażowe? Może jakieś dziwne wyzwanie? Ciężko stwierdzić. Na pewno przekleństwo: Obyś żył w ciekawych czasach, się sprawdza… NAUCZYCIELKA
„Nikt nie lubi kontroli, ale…”
Mordercze wybryki nastolatków
Ostatnio rośnie w szkołach liczba śmiertelnych ataków uczniów, ale podejmowane w tym zakresie działania są mało skuteczne i niewystarczające, by temu zapobiec. Zapomniano jednak o tym, że pierwszoplanowym, profilaktycznym ogniwem takiej walki powinni być rodzice! To oni pierwsi powinni okresowo kontrolować zachowania swoich latorośli, a potem przeciwdziałać nieprawidłowościom, ale nie wiedzą, jak to robić, aby w domu nie doprowadzać do konfliktów.
Oczywiście żaden człowiek, a zwłaszcza małolat, nie lubi być kontrolowany, ale trzeba wiedzieć, że dziecko bez dyskretnej bieżącej kontroli domowej jest dzieckiem straconym. Mówi o tym także powiedzenie: Ufaj, ale kontroluj. Ale trzeba wiedzieć, jak to robić dyskretnie, aby nie zakłócać domowej atmosfery.
Pewne propozycje w tym zakresie sformułował kiedyś Tadeusz Kotarbiński w swojej książce „Traktat o dobrej robocie”, formułując zasadę „Inwigilacji czystej połączonej z minimalizacją interwencji”. Domowa kontrola własnych dzieci powinna polegać kolejno na:
1. Dyskretnej, systematycznej, ale okresowej obserwacji zachowań swojego małolata, a także tego, co posiada w swoim biurku, szafce, pod łóżkiem, w plecaku, w komputerze itp. Trzeba to, oczywiście, robić w czasie jego nieobecności w domu, pozostawiając potem wszystko na swoim miejscu.
2. Dyskretnym ingerowaniu, ale dopiero wówczas, gdy znalezione tam przedmioty (broń, nieznane leki, nadmiar pieniędzy, dziwne informacje, rzeczy itp.) zasadniczo odbiegają od wyobrażeń rodzica o tym, co dziecko może mieć w plecaku, są problematyczne, budzą poważne wątpliwości. Można wówczas prosić o wyjaśnienie przyczyn ich posiadania.
Tego typu postępowanie jest konieczne w każdej rodzinie. Trzeba jednak wystrzegać się zbyt ostrej kontroli, ponieważ wtedy wszystko może okazać się złe i doprowadzić do poważnych niesnasek. W razie stwierdzonej prawidłowości i ładu warto także dziecko pochwalić i podziękować, bo przecież każdy lubi być chwalony. H.B., profesor zarządzania
„Czy nóż to tylko przedmiot użytkowy?”
Pora zmienić stare przepisy
Od dłuższego czasu w Polsce pojawiają się informacje o brutalnych zarówno usiłowaniach, jak i morderstwach z wykorzystaniem noży (…). Zgodnie z porządkiem prawnym, w rozumieniu ustawy „o broni i amunicji”, nóż – niezależnie od długości ostrza, kształtu i przeznaczenia – jest traktowany jako przedmiot użytkowy. A więc jego posiadanie i noszenie w przestrzeni publicznej jest co do zasady legalne i nie wymaga pozwolenia. Co prawda Kodeks wykroczeń zabrania posiadania noża w miejscu publicznym, gdy okoliczności wskazują na zamiar jego użycia w celu popełnienia przestępstwa, ale jak to wyegzekwować po popełnieniu przestępstwa? Inny zapis wprowadza „posiadanie noży przez uczestnika przejazdu zorganizowanej grupy uczestników masowej imprezy sportowej”. Ciekawe, czy dotyczy to również tzw. ustawek, w których uczestniczył prezydent Karol Nawrocki? Z tych zapisów można wnioskować, że Polacy to naród myśliwych, wędkarzy, zuchów, harcerzy i codziennych konsumentów grillowanych kiełbasek i steków, dla których nóż jest niezbędny w życiu codziennym! Te zapisy nie uwzględniają realiów naszego życia, choćby wynikających z imigracji, nie tylko zarobkowej, gdzie noszenie noży w Polsce przez Gruzinów, Czeczenów, obywateli Indii, Nepalu, Ameryki Południowej i państw arabskich to chleb powszedni. I mamy coraz więcej incydentów z nożami, które formalnie nie są traktowane jako broń według polskich przepisów. To, według mnie, absurd! W Europie przepisy dotyczące noszenia noży są bardziej rygorystyczne (…). Czy Polska to faktycznie oaza spokoju? Czy naprawdę nie należy zmieniać starych przepisów?
Rok 2026 jest rekordowy, jeśli chodzi o ataki nożowników. W Warszawie 3 lutego w wyniku użycia noża zginęła kobieta, we Wrocławiu w sierpniu zginął uczestnik libacji alkoholowej, a w Jarosławiu 24 września na terenie Klasztoru Benedyktynek zginął ksiądz. Październik to totalna katastrofa: trzy incydenty – w Sierpcu, Ostrołęce i w Leszczydole- Nowinach, gdzie nastolatkowie zaatakowali nauczycieli i uczniów szkół, które w przeszłości ukończyli. Zginęli przypadkowi ludzie, a kilkoro było rannych. Szkoda, że prezydent Karol Nawrocki na początku roku, podobno obawiając się „wprowadzenia cenzury oraz potrzeby ochrony wolności słowa”, zawetował ustawę o „usługach cyfrowych”, która dawała odpowiednim służbom państwa prawo usuwania z internetu nawoływań do przemocy, mowy nienawiści oraz tzw. wyzwań (challenges). Brak takich zapisów, które miały być wprowadzone zgodnie z dyrektywą Unii Europejskiej, uniemożliwiał takie działanie. To przepychanie się polityków o to, który jest mądrzejszy, a który głupszy, kto działa na rzecz Polski, Polek i Polaków, a kto na rzecz Niemców, to niestety codzienność polskiej polityki. A później mamy to, co zawsze: Polak przed szkodą i po szkodzie głupi (…).
Czy musimy na to patrzeć bez wrażliwości, emocji i działań obywatelskich? Mnie to przerażało i dlatego wiosną br. wystąpiłem do przewodniczącej sejmowej Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych z prośbą o zainteresowanie się tym problemem w ramach prac Komisji. Nie otrzymałem żadnej odpowiedzi, pewnie pomyliłem się co do wagi zagadnienia. 27 lipca br. zwróciłem się z tym poważnym, według mnie, problemem do MSWiA, sugerując analizę przyczyn zabójstw z użyciem noży i analizę aktualnych aktów prawnych dotyczących problemu. Okazuje się, że trafiłem kulą w płot, bo MSWiA, we współpracy z Komendą Główną Policji, stwierdziło w swojej odpowiedzi z 20 sierpnia br., że „według posiadanych przez resort danych statystycznych wynika, że liczba tego typu przestępstw utrzymuje się na stabilnym poziomie, a od 2022 r. obserwuje się tendencję spadkową. Wskazuje to, że obecne regulacje prawne skutecznie przeciwdziałają zagrożeniom”, a na zakończenie, „mając na uwadze powyższe, resort nie widzi obecnie uzasadnienia podejmowania prac legislacyjnych w kierunku całkowitego zakazu noszenia noży w miejscach publicznych”. Przyznam się, że widząc tragiczne efekty noszenia „noży użytkowych” w przestrzeni publicznej, nie zgadzam się z takim stanowiskiem. Czy teraz, po tych wyczynach nożowników, MSWiA i Komenda Główna Policji zweryfikują swoje stanowisko? OBYWATEL
„Cała nadzieja w Tusku”
Jacy jesteśmy?
Pytać łatwo, odpowiedzieć trochę trudniej. Spróbuję.
Zaczynamy, oczywiście, od dzisiejszych plusów. Jest ich wiele, jest o czym pisać. Wspaniali rodacy – pisarze, poeci, lekarze, dziennikarze, sportowcy, politycy… Długo można by wymieniać. Nie zawsze działają w dobrej wierze, nie zawsze mają odpowiednie kwalifikacje… Cóż, samo życie. Tak jest wszędzie i nikt na to nic nie poradzi. Co, oczywiście, nie oznacza, że w pracy wszystko wolno. Przejdźmy więc do konkretów.
Pan prezydent. Niestety, zbyt często – wyrażając się najdelikatniej, jak można – po prostu błądzi. Nie znosi krytyki, wie swoje, o jakiejkolwiek współpracy z Sejmem, Senatem i rządem trudno jest mówić. I ten życiorys, zwłaszcza młode lata…
A Trybunał Konstytucyjny? Też bardzo trudno chwalić jego działalność. I mamy jeszcze takie kwiatki jak np. partie Brauna, Kaczyńskiego, jak Konfederacja… Cóż, naprawdę nie jest łatwo pisać pozytywnie o polskiej prawicy.
Zatytułowałem list „Jacy jesteśmy?”. Pozytywnie mogę się wypowiedzieć jedynie o członkach i sympatykach Platformy Obywatelskiej i Lewicy. Co oczywiście nie oznacza, że partie te funkcjonują bezbłędnie. Jednak nie ma się co czarować – cała nadzieja w Donaldzie Tusku i jego ekipie. Oraz w wyborcach jeszcze niezdecydowanych. Bądźmy dobrej myśli! KRZYSZTOF WAŚNIEWSKI
„Chiny wygrywają wojny, których nie prowadzą”
Wszyscy tracimy
Paradoks naszych czasów polega na tym, że trzy mocarstwa jądrowe – Rosja, USA i Izrael – prowadzą wojny pod hasłem unikania wojen. Wyjątkiem od tej absurdalnej zasady są Chiny, które, nie prowadząc wojen i zachowując pozory, teoretycznie, krótkoterminowo, wygrywają je. To jednak złudzenie, bo w praktyce przegrają przyszłość – podobnie jak cała cywilizacja. Czy będą mogły rozwijać się w świecie, w którym paliwa staną się trudno dostępne, i robić interesy ze zniszczoną Europą?
Każda wojna agresywna jest kanibalizmem złożoności – pożeraczem skończonych zasobów Ziemi, niszczącym biosferę i zmniejszającym trwałość cywilizacji. Tracą na tym wszyscy: zarówno ci, którzy nie biorą udziału w konfliktach, jak i ci, którzy je wygrywają. Skutki odczuje boleśnie każdy obywatel Ziemi.
Eskalacja obecnych konfliktów może stopniowo prowadzić nie do uniknięcia wojny, ale do sytuacji, w której mocarstwa uznają użycie taktycznej broni jądrowej za konieczny warunek zwycięstwa, co jeszcze bardziej zwiększy ryzyko upadku cywilizacji. Egzystencja wszystkich – aktywnych, obojętnych i bezstronnych – będzie zagrożona.
To powód, aby przekonać Chiny i inne wielkie państwa zachowujące obojętność do zaangażowania się na rzecz pokojowego zakończenia konfliktów, które niszczą cywilizację. Zakończę apelem do przywódców Europy: Wsiądźcie do samolotów i udajcie się do Pekinu. Przekonajcie Chiny, że ochrona globalnej trwałości i zakończenie wojen leży przede wszystkim w ich własnym interesie. JAN PEK