Lubimy festiwale filmowe, bo przypominają, że kino to nie tylko kolejna premiera filmu wrzuconego w piątek na platformę i obejrzanego w dresie między kolacją a snem. To na festiwalach rodzą się mody, kariery, zachwyty, skandale i rozczarowania, o których branża mówi miesiącami. Wiedząc o tym, czekamy na czerwony dywan w Cannes, Złotego Lwa w Wenecji, ostre werdykty z Berlina, niezależne odkrycia z Sundance Film Festival i opinie z Toronto. Ale Włosi mają własne święto, które traktują z powagą i odrobiną narodowej dumy. David di Donatello to dla nich coś więcej niż statuetka. Przyznawany od 1956 roku przez Włoską Akademię Filmową swoją nazwę i kształt zawdzięcza „Dawidowi” Donatella. To pożądany dowód, że jest się częścią wielkiej filmowej rodziny, tej samej, do której należą Roberto Benigni, Marcello Mastroianni, Sophia Loren, Monica Bellucci, Paolo Sorrentino czy Giuseppe Tornatore. Dla wielu twórców taki David bywa otwarciem wrót sukcesu.
Subskrybuj