Po premierze „Lalki” Maślony ruszyły do boju najtęższe pióra wśród nielotów. Krytykowano serial do imentu. W internecie miażdżące krytyki filmu pisali anonimowi widzowie, słynni celebryci, pobudzone publicystki polityczne, zblazowani eksperci od wszystkiego, youtuberzy, nianie i supernianie. Komuś nawet… ręce opadły! Kabotynizm lał się jak strumień: że słabe, wulgarne, kostiumy byle jakie, że muzyka nie taka… Nie odbieram prostaczkom prawa do własnego zdania – niechby jednak zaznaczali: ja tak sądzę albo – tak uważam. Wtedy byłoby jasne. Ale większość tych, co (zawsze) wiedzą lepiej, swoje kocopoły podawała jako prawdy objawione, niepodlegające dyskusji i jedynie słuszne, nie zawracając sobie głowy spostrzeżeniem, że sikają sobie na buty…
Uważam serial Maślony za produkcję znakomitą! Ze świetnym scenariuszem i sensacyjną narracją. Grażyna Szapołowska zachwycona filmem wręcz zadeklarowała: – No, ten Paweł Maślona… genialny, mogę mu kawy podawać na planie zdjęciowym. Przez pozytywistyczną prozę Prusa przezierają tu tradycja romansu, powieści awanturniczej i tło historyczne, dziwnie przenikające naszą współczesność. Pomysł twórców filmu dla Netflixa nie był adaptacją powieści, ale wariacją na jej temat, co niektórzy zauważyli, ale nieliczni docenili. Większość okazywała besserwisserskie grymasy nieuków, choć udana wariacja jest gatunkiem równie twórczym jak adaptacja. Mieliby oni tę samą, polską pretensję do Brahmsa, co to napisał wariacje na temat Haydna? Albo do Lutosławskiego, że stworzył dzieło, czerpiąc z Paganiniego? Przecież nic nie inspiruje tak jak przeszłość! Mieliśmy tego liczne dowody w kinie, a dziś Jerzy Antczak mówi, że z zainteresowaniem czeka na nową interpretację starego dzieła, na nową wersję „Nocy i dni”, też przygotowywaną przez Netflixa.
Subskrybuj