Nasz marzec był wcześniejszy od kalifornijskiego i francuskiego. Różnica między hasłami studentów Zachodu a Wschodu przypominała wyrazistością mur berliński. Oni chcieli więcej socjalizmu, a my mniej, a jeśli już – to z ludzką twarzą. Dzisiejsze problemy z uczniami i studentami, jakie próbuje przeczekać prezydent Emmanuel Macron, przypominają po wierzchu protesty kontrkulturowe w Nanterre i na Sorbonie. To wtedy. A u nas dziś? W Polsce – owszem – protestuje się, ale uczniowie zamiast banerów używają noży i siekier, natomiast studentom nie przeszkadzają na razie festiwale kryptofaszystów. Zaczną protestować, kiedy będzie za późno…
Powody buntów wcześniejszych, francuskich, wydają się dzisiaj śmieszne: władze jednej z uczelni nie zgadzały się na kwaterowanie w domach studenckich osób różnych płci. Chłopak nie mógł zamieszkać z dziewczyną i na odwrót, dziewczyna nie mogła wprowadzić się do pokoju chłopaka, co przypomina na odwyrtkę niezgodę prezydenta Nawrockiego na zawieranie małżeństw dziewczyn z dziewczynami. We Francji drugiej połowy XX wieku u podstaw protestów studenckich leżały kwestie seksualne, to znaczy zarówno erotyczne, jak i płciowe, genderowe. Dziś są to żądania jakości kształcenia w lepszych warunkach. Wtedy skończyło się na stawianiu barykad i dymisji prezydenta de Gaulle’a. Dziś nie może to już być powtórka myśli Herberta Marcusego z biblii kontestatorów „Rozum i rewolucja”, że klasą przodującą są studenci. Dziś nie wiadomo, kto jest awangardą. Nie studenci, bo ci muszą pracować, żeby zarobić na studia. I nie klasa robotnicza, bo tę zlikwidował Lech Wałęsa.
Subskrybuj