Portal wPolityce pytał już w tytule: „To teraz czeka Polskę?”, jak gdyby napaść w Jarosławiu miała być początkiem większej serii. „Polak pomaga, Polak płaci, Ukrainiec z wdzięczności zabija” – pisał poseł Konrad Berkowicz. „To jest właśnie Wołyń 2.0” – mówił do kamery Grzegorz Braun. Lawiny komentarzy anonimowych internautów, którzy nawoływali do linczu – i to nie na sprawcy, lecz na jakimkolwiek Ukraińcu – nie będziemy nawet przytaczać.
Takie głosy są nie tylko dowodem pychy i intelektualnego bankructwa – w końcu prokuratura nie zdążyła jeszcze ustalić, dlaczego napastnik zaatakował – ale także pokazują, jak łatwo tragedię można zaprząc do politycznej gry. Zbrodnia jednego człowieka w ciągu kilku godzin została przepisana na opowieść o całym narodzie. Nie trzeba zresztą nawoływać do pogromu wprost, żeby stworzyć atmosferę, w której ktoś inny uzna przemoc za usprawiedliwioną.
Wytwarzanie takiej atmosfery i celowe psucie relacji między naszymi narodami trwa od lat. Ukraińców bezpodstawnie oskarżano już o podpalenia w Polsce, celowe wystrzelenie ruskich dronów nad Polską, szabrowanie domów podczas powodzi, a nawet niszczenie cmentarzy.
Dłużej warto się pochylić nad sprawą podpaleń, bo tam faktycznie zatrzymywano sprawców z ukraińskimi paszportami. Prokuratura dodawała jednak, że byli oni werbowani przez rosyjskie służby i działali na ich zlecenie.
To jednak narracja zbyt skomplikowana dla dzisiejszych podżegaczy. Dla nich najważniejsze jest postawienie znaku równości między zbrodniarzem a Ukraińcem. Nie będziemy dziś wyrokować, czy sprawca zamachu z Jarosławia działał na rzecz rosyjskich służb, czy jego zbrodnia była raczej podyktowana wzburzeniem emocjonalnym lub chorobą psychiczną (to ostatnie może sugerować komunikat prokuratury). Niezależnie od jego motywacji, stosowanie odpowiedzialności zbiorowej i przerzucanie jej na dwa miliony Ukraińców mieszkających w Polsce byłoby zdecydowanie na rękę Federacji Rosyjskiej.
Ukraińcem nie był Mieszko R., który w ubiegłym roku dokonał przerażającej zbrodni na kampusie Uniwersytetu Warszawskiego. Nie był nim Stefan Wilmont, który zabił prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Nie był nim również Łukasz Żak, który na Trasie Łazienkowskiej doprowadził do wypadku, w którym zginął ojciec rodziny, a potem uciekł z miejsca zdarzenia. Ukraińcem nie jest wreszcie Bartosz G., któremu prokuratura zarzuca zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem 16-letniej Mai z Mławy.
Wymieniamy te wszystkie okropne zbrodnie, żeby zwrócić uwagę na jedno: Polska jest spokojnym krajem z niskim poziomem przestępczości, ale tak jak wszędzie na świecie, także i u nas zdarzają się akty skrajnej przemocy, w przeważającej większości popełniane przez Polaków. Nie wyciągamy przecież z tego wniosku, że Polacy są narodem morderców. Nie szukamy odpowiedzialności zbiorowej i nie żądamy, by za zbrodnię jednego Polaka odpowiadał drugi, który nie ma z nią nic wspólnego.
Dokładnie tej samej miary powinniśmy używać wobec Ukraińców.
Zachowajmy rozsądek i wstrzymajmy się z komentarzami do czasu zakończenia pracy prokuratury. Łączymy się w bólu z ofiarami i rodzinami ofiar z Jarosławia.
Miejmy również nadzieję, że to tragiczne zdarzenie nie uruchomi lawiny kolejnych – aktów odwetu, samosądów i przemocy wobec ludzi, którzy nie mieli z nim nic wspólnego. Lawiny, którą później trudno będzie zatrzymać i która byłaby wielkim prezentem dla wrogów Polski. Nie pozwólmy, żeby po jednej tragedii przyszły następne.