I choć w politycznej debacie prawica przedstawia ją jako źródło problemów, dane pokazują zupełnie co innego. Zacznijmy od przestępczości. Przeciwnicy imigracji nadal nie chcą rozumieć, iż wśród imigrantów zwykle nie istnieje nadreprezentacja przestępstw. W Polsce mamy na przykład 10 – 11 przestępstw na 1000 Ukraińców oraz około 20 przestępstw na 1000 Polaków.
Przez prawicę pomijane jest też gospodarcze znaczenie Ukraińców. Pod koniec 2025 r. stanowili oni około 5 proc. wszystkich osób pracujących ubezpieczonych w ZUS. 75 – 85 proc. dorosłych obywateli Ukrainy jest aktywnych zawodowo. Pracują w przemyśle, trans porcie, budownictwie, usługach, IT i ochronie zdrowia. W latach 2022 – 2025 założyli w Polsce 109 tys. jednoosobowych działalności gospodarczych oraz 14,5 tys. spółek z ukraińskim kapitałem. Daje to ponad 123 tys. nowych firm. Równie nieprawdziwe jest założenie, że po zakończeniu wojny wszyscy Ukraińcy wrócą do domu. Według badań NBP już mniej więcej połowa z tych, którzy przyjechali przed wojną, deklaruje zamiar osiedlenia się w Polsce na stałe. W przypadku uchodźców to około jednej piątej. Im silniejsze więzi z naszym krajem – praca, rodzina, znajomość języka, kontakty społeczne – tym większa skłonność do pozostania. Koniec wojny nie musi więc oznaczać początku wielkiego powrotu. Szczególnie że zależy nie tylko od zakończenia walk, lecz także od bezpieczeństwa w ojczyźnie, jej sytuacji ekonomicznej i możliwości odbudowy.
Niektórzy przedstawiciele prawicy podsuwają pomysł masowej deportacji na wzór Trumpa. Przy obecnej skali migracji oznaczałoby to usunięcie z rynku pracy setek tysięcy osób i pozbycie się płatników podatków. Wypchnięcie ich z kraju pogłębiłoby też problemy demograficzne, a Polska starzeje się bardzo szybko. Wprawdzie imigracja nie zastąpi własnej polityki rodzinnej, ale może częściowo łagodzić skutki kurczenia się społeczeństwa. Dlatego zamiast pytania „ilu Ukraińców wróci?”, ważniejsze jest inne: ilu z tych, którzy zostaną, potrafimy dobrze zintegrować?