Fala skarg i oskarżeń dawnych dziecięcych pacjentów sanatoriów na łamach Tygodnika Powszechnego nie może się skończyć: ciągle dołączają nowi, wspominający swoje wysłanie tam jako zesłanie z zestawem tortur, a leczenie jako zastawienie na nich zasadzki, z której do późnej starości się nie wydobyli.
Skądinąd z serialu „Ołowiane dzieci” dowiedzieliśmy się, że o wysłanie dzieci ze Śląska w tereny zielone, aby uratować im zdrowie i życie, trzeba się było usilnie starać i narażać, i było to najlepsze, co mogło je spotkać. Teraz wszystko jest inaczej: tym dzieciom mogą jeszcze należeć się przeprosiny, bo trzymano je na terenach wprawdzie zielonych, ale zacofanych, siłą i w złych warunkach. Bohaterskie lekarki tam je wysyłające okazują się częścią opresyjnego systemu i raczej powinny były dzieci w tym ołowiu zostawić, bo dziś przynajmniej nie miałyby z tego powodu złych wspomnień; raczej żadnych.
Subskrybuj