Bądźmy jednak uczciwi – z wielką nowością nie ma co przesadzać… Na swojej stronie internetowej Seat atakuje kampanią reklamową poświęconą „nowej Aronie”, lecz bliżej prawdy byłoby mówić o odświeżeniu tego statecznego już modelu, bo produkowanego od 2017 roku. Samochód dostał nowy zderzak, nowy kształt reflektorów, lepszy system multimedialny i tradycyjnie już przy tego typu liftingach nowe wzory felg i kolory lakieru nadwozia… Obyło się zatem bez rewolucji, ale taka raczej nie była celem. I takiej prawdopodobnie nie oczekiwali myślący o nieprzerośniętym aucie, utrzymanym w dawnym, analogowym stylu. Z rozpoznawalnym, a nieegzotycznym znaczkiem na masce, jak w wypadku wielu wyrastających jak grzyby po deszczu przybyszów zza Wielkiego Muru.
Segment B
Arona należy do małych, ale wcale nie najmniejszych pojazdów. Technologicznie opiera się na popularnej, zgrabnej Ibizie, którą przekształcono w wyżej zawieszonego, bardzo modnego – zwłaszcza w Europie – miejskiego crossovera. O panujących trendach najlepiej świadczy konkurencja, która w tym segmencie jest olbrzymia. Długą listę rywali stanowią choćby Toyota Yaris Cross, Renault Captur, Ford Puma, Peugeot 2008, Opel Mokka czy Kia Stonic. Nie można zapomnieć też o „rodzinnych” przeciwnikach z grupy Volkswagena (Skoda Kamiq, VW T-Cross), do której przecież należy Seat. W niełatwej walce o klienta Arona nie stoi na straconej pozycji, a ostatni lifting i zmiana polityki marki być może tylko jej pomogą.
Subskrybuj