Stanisław Janicki nie żyje, miał 93 lata. Nazwę programu, którym raczył nas ponad trzy dekady, zaczerpnął z refrenu piosenki Mieczysława Fogga. Każdy zapowiadany przez siebie film okraszał znakomitymi anegdotami, dorzucał nieznane historie o aktorach. Nikt nie robił tego tak jak on. Aż trudno uwierzyć, że na początku w ogóle nie w głowie była mu telewizyjna kariera. Janicki był nie tylko prezenterem, ale także pisarzem, reżyserem, scenarzystą, wykładowcą akademickim. Nakręcił prawie czterdzieści filmów dokumentalnych, napisał kilkanaście książek, był redaktorem w pismach poświęconych kinu. Ale to właśnie program z czołówką wyglądającą jak żywcem wyjęta z dawnych filmów sprawił, że Janicki stał się telewizyjną legendą. Dzięki jego opowieściom uwielbialiśmy tamte produkcje i tamtych aktorów. Stawali się bohaterami naszej wyobraźni.
Widzowie i słuchacze uwielbiali go
Zabierali nas w odległe, „dawne czasy”, które choć zapisane na czarno-białej taśmie, wydawały się kolorowe, jakże inne od przaśnego PRL-u. Stanisław Janicki przyznał w którymś z wywiadów, że początkowo złościł się, gdy z całej bogatej kariery zawodowej ludzie dostrzegali jedynie banalny – w jego ocenie – cykl telewizyjny. Potem docenił sympatię widzów przywiązanych do tych filmowych opowieści. „Co dzień spotykam ludzi, którzy mi za ten program dziękują” – mówił w rozmowie z Jędrzejem Słodkowskim z okazji swoich 80. urodzin. Program „W starym kinie” był nadawany w Telewizji Polskiej od 1965 do 2000 roku. Potem Janickiego można było zobaczyć w kanale Kino Polska, następnie trafił do radia RMF Classic. Mało kto wierzył, że elegancki, mówiący poprawną polszczyzną prezenter zagrzeje dłużej miejsce w bądź co bądź komercyjnej stacji. A jednak! Stanisław Janicki prowadził swoją audycję przez dwadzieścia lat. Słuchacze kochali go tak samo jak wcześniej widzowie.
Subskrybuj