Groza! Groza!… Groza? Żadna groza, to nie conradowe Jądro ciemności, to tylko okno codobowej nocy; choć… chciałoby się zacząć jak wielki Kosmo-Polak kończył swoje arcydzieło: Przenikaliśmy wciąż głębiej i głębiej w jądro ciemności… Podniosłem głowę. Widok otwartego morza tarasowała czarna ławica chmur, a spokojna droga wodna, wiodąca do najdalszych krańców ziemi, przepływała posępnie pod zmierzchającym niebem – zdając się prowadzić do wnętrza nieprzeniknionego mroku.
No tak, nie groza, a trwanie w pełnej afirmacji nocy, która za kilka godzin zmieni się w przedświt, świt i nowy dzień podróży. Akceptacja, pogodzenie się z tym, co jest tu i teraz, na środku Pacyfiku, w tzw. Punkcie Nemo, który uchodzi za biegun oceanicznej niedostępności, geograficznej, biologicznej, cywilizacyjnej pustki. Nazwa pochodzi od łacińskiego słowa nemo, czyli „nikt”. Wyznaczył go Chorwat Lukateli, sytuując w tym obszarze miejsce najbardziej oddalone od zamieszkanych lądów, od morskich i lotniczych szlaków. Miejsce tak odizolowane, że bliżej stąd do astronautów z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, którzy krążą 400 km nad nami, niż do skrawka stałego lądu – oddalonego o ponad 2,5 tys. km.
Subskrybuj