Chodzi chyba tylko o mieszkańców miast, bo na wsi sam widok drzew na sytucję materialną mało wpływa. Jak również sytuacja materialna na widok drzew.
Tym samym nieoczekiwanie okazało się, że ci z nas, co historycznie pierwsi zeszli z drzew, się na tym specjalnie nie wzbogacili, bo trzeba było na nich siedzieć jak najdłużej, przeczekać i teraz wyjść na krezusów.
Za biednego PRL-u, który nie miał na to pieniędzy, drzewa rosły za darmo albo i w czynie społecznym, ale teraz już każdy dosadzany badyl kosztuje krocie. Znajomy, który doprowadził do obsadzenia swojego podwórka zielenią z wystaranego przez niego budżetu obywatelskiego, przeraził się, na jaką niebotyczną kwotę zostało to wyliczone, a i tak było to za mało: nie uwzględniono bowiem żadnych wydatków na podlewanie tych kikutów i w następnym sezonie wszystko zmarniało. Okazuje się, że bogaci muszą być nawet ci, którym nie wyrosło żadne drzewo, a tylko miało.
Nie wiadomo, czyje bogactwo rośnie od sprowadzania do miasta drzew przez władze Warszawy, bo są to wydatki rzędu kilkunastu tysięcy złotych za każde. Jakby to władze miasta sadziły przedwieczną Puszczę Kampinoską, to do dziś bylibyśmy zadłużeni. A i tak z okna byśmy nic nie widzieli, bo mimo takiej liczby drzew wtedy nie mieliśmy okien.
Subskrybuj