Posłuchajmy więc: toż to nasz urokliwy epikurejczyk Kostrowicki vel Apollinaire, o którym zmarły kilka lat temu malarz Bonnet pisał: Il va, il vole, il voge… On idzie, on leci, on płynie; przypomina półboga na misji zwiadowczej, przelatującego nad Paryżem w skórze drapieżnego, pięknego ptaka. Z okazji jego urodzin (26 sierpnia) sprawiłem sobie prezent, książkę „Guillaume Apollinaire, paryski flâneur” Gilles’a Schlessera z 213 adresami miejsc paryskich, bliskich życiu i twórczości autora Alkoholi czy Zamordowanego poety. Z dumą podkreślał swą polskość, twierdząc, że w literaturze światowej jest trzech wielkich Polaków: Conrad, piszący po angielsku, Przybyszewski, piszący po niemiecku, i on – po francusku.
Swoją twórczą osobowością poety awangardowego naznaczył całą generację paryskich artystów. Jego wrażliwość i nienasycona ciekawość uczyniły z niego odkrywcę i animatora nowego typu ekspresji artystycznej, jakiego nie znano od czasów Baudelaire’a, twierdził Breton. Był związany z fowistami, sympatyzował z kubistami, wędrował ścieżkami orfizmu, torował drogę surrealizmowi, wymyślając ten termin. Fascynował się też sztuką afrykańską, teatrem, plakatem, cyrkiem, kinem, fotografią, kulturą popularną. Pisał kroniki, krytyki, artykuły. Przejawiał upodobania do groteski, absurdu, kpiny, ale był uosobieniem liryzmu, uparty i porywczy, wolny umysł o żarłocznym apetycie na życie. Kolekcjonował przyjaźnie. Alfabetycznie: Arp, Braque, Cendrars, Cézanne, Chagall, Chirico, Cocteau, Delaunay, Derain, Duchamp, Dufy, Jacob, Jarry, Léger, Matisse, Picabia, Picasso, Rousseau, Salmon, Vlaminck…
Był wielkim kochankiem Paryża. Słowo „Paryż” pojawia się 51 razy w jego wierszach; i jeśli dla Baudelaire’a miasto to było dziwką, to pod piórem Apollinaire’a jest kuszącą, magiczną boginią. Poruszając się między ezoteryzmem, liryzmem i awangardą, czynił z niego/ niej krainę „nowego ducha”, którym żywił swą sztukę i życie, łącząc rzeczywistość z wyobraźnią poetycką: Paryż jak młoda dziewczyna/Budzi się leniwie/ Potrząsa długimi włosami/I śpiewa swoją pieśń piękną. Szedł za tym głosem po obu brzegach Sekwany, w górę i w dół, z północy na południe, na wschód i zachód. Brał to miasto wierszem i kaligramem, od Montmartre’u do Montparnasse’u, od Nowych Aten do Dzielnicy Łacińskiej, od Auteuil do Saint-Germain- -des-Prés. Wszędzie.
Oczywiście był i tradycyjnym kochankiem: guwernantki Anny Playden, malarki Marie Laurencien, ognistej arystokratki Lou (Louise de Coligny- -Châtillon) czy Madeleine Pages, której wysyłał miłosne wyznania z okopów pierwszej wojny światowej, służąc w Legii Cudzoziemskiej, do czasu aż został przeniesiony do rezerwy, ranny w głowę po wybuchu granatu. W twórczości – jak jego kumpel Picasso (byli świadkami na swych ślubach) – dużo czerpał z seksualności, przekonując, że każda sztuka podszyta jest erotyką. Taką też powieść napisał: „Jedenaście tysięcy pałek”, dla niektórych pornograficzną; według Picassa – arcydzieło. Tutaj już ze znakami przestankowymi: Dla mnie ważna jest twa rozkosz, a nie miłości ułudy. Czujesz mój pal ostry? Jego jaja kołysały się jak dzwony z katedry Notre Dame i stukały Dupulinę po nosie.
Pierwszy adres z książki Schlessera nie jest tak odległy od Notre Dame – 9, rue de Constantinopole w 8. dzielnicy Paryża, gdzie z matką i bratem zamieszkał 19-letni Wilhelm Apollinaris de Kostrowitzky, którego świat poznał pod pseudonim Guillaume Apollinaire. Adres nieprzypadkowy. Jego matka, piękna awanturnica, była namiętną hazardzistką, bywalczynią kasyna w Monte Carlo, a stąd łatwo jej było się dostać do kasyna Enghien. Polska szlachcianka Angelika Kostrowicka zameldowała się w Paryżu pod nazwiskiem Olga Karpoff i nigdy nie wyjawiła, kto był ojcem Wilhelma (Guillau me’a), który urodził się w Rzymie, a dzieciństwo spędził w Monako, Cannes i Nicei. Po przyjeździe do Paryża żył raczej nędznie, wykonywał dorywcze prace, wysyłając bez powodzenia wiersze i opowiadania do paryskich magazynów. Zadebiutował po czterech latach w piśmie La Plume.
Adres ostatni – 202, boulevard Saint- -Germain – to spełnienie jego poetyckiego życzenia: Życzę sobie w domu/ Kobiety myślącej/Kota przechodzącego pomiędzy książkami/Przyjaciół na każdą porę roku/Bez których nie mogę żyć
No i miał tam kota, książki, przyjaciół i „kobietę myślącą”, piękną rudowłosą żonę Jacqueline Kolb, tyle że późno, bo dopiero na kilka miesięcy przed śmiercią. Zabiła go epidemia grypy hiszpanki na dwa dni przed końcem pierwszej wojny. Miał 38 lat. Rozszarpały mnie zazdrosne ojczyzny/mnie Rozsądek/mnie Sztukę/mnie Miłość. Śpiewali o nim Montand i Brassens, opiewał Ginsberg, intrygująco portretował Chirico. Od 1951 roku ma swoją ulicę, „paryską kochankę”, długą na 55 metrów, rue Guillaume-Apollinaire.
Jeszcze jeden adres – 214! – we wspomnianej książce: kwatera 86 na cmentarzu Pere-Lachaise, najpiękniejszej nekropolii Paryża, top zaświatów, dorównującego popularnością wieży Eiffla. Stamtąd jest „Pożegnanie”: Miłość jak woda odpływa/I odpływa życie/Woda jakże leniwa/Nadzieja jakże natarczywa/Żegnaj/Martwe wspomnienie/ Pamiętaj czekam na ciebie
I co na taki koniec bez znaków przestankowych: wykrzyknik czy znak zapytania a może zagubienia może myślnik może dwukropek lub średnik albo kropka NIE WIEM N i c J u ż Słońce szyjo ścięta