„A może i ja mam rację?”
Zagotowało mnie!
Wiernym czytelnikiem ANGORY (zawsze wydanie papierowe) jestem od niepamiętnych czasów, kiedy to nikomu nie śniło się o SMS-ach, internecie, mailach. A w ogóle pismo nazywało się jeszcze wtedy AGORA, miało postać gazetową i na ostatniej stronie publikowało opowiadania… No, mniejsza z tym.
W zasadzie czytam każdy numer prawie od deski do deski, sporadycznie opuszczając niektóre pozycje (a stale np. kulinaria). Jestem fanem krzyżówki z przymrużeniem oka oraz jolki. Sporo uwagi poświęcam również rubryce „Ludzie listy piszą”. Z niektórymi wyrażonymi tam opiniami się zgadzam, z innymi mniej albo wcale, co – moim zdaniem – dobrze świadczy o doborze listów Czytelników. Jest jednak wyjątek i to on stał się powodem mojego maila. Czasami miałem ochotę napisać coś od siebie, zwłaszcza wtedy, gdy bardzo się zgadzałem/bądź nie zgadzałem z wypowiedziami prezentowanymi na łamach tej rubryki. Zawsze wtedy nachodziła mnie taka pseudonieśmiałość: co się będziesz pchał na afisz. Ostatnio jednak już nie wytrzymałem.
Otóż jest Wasz Czytelnik, który żadnej takiej nieśmiałości nie odczuwa. Pan Grzegorz Konieczny z miejscowości Radzewice (…). W czasie najbardziej intensywnej kampanii przed wyborami parlamentarnymi 2023 listy z Radzewic pojawiały się niemal regularnie (jeśli przesadzam, to niewiele). Można spytać – po co je czytałem? Sam sobie zadaję to pytanie: albo jestem masochistą, albo chciałem za darmo podnieść sobie ciśnienie, oszczędzając na kawie (żartuję, oczywiście). Jest pan Grzegorz bardzo inteligentnym, totalnie pro-PiS-owskim agitatorem. Inteligentnym, ponieważ tę agitację niezwykle sprytnie ubiera w piórka obiektywizmu, np.: że PiS w swoich działaniach miał sporo racji (tak, zwłaszcza w łamaniu Konstytucji, ustawach „przepychanych kolanem” na sesjach Sejmu o drugiej w nocy, „reasumpcjach” głosowań, wybieraniu „swoich” prokuratorów i sędziów – drących butnie na oczach kamer pisma od gremiów sędziowskich, i wiele by jeszcze wymieniać) i że PO (teraz KO) ma także mnóstwo swojego za uszami.
Żeby nie było: mam wiele pretensji do pana premiera Tuska – za lata 2008 do 2015. Bo uważam, że przez „Polskę – zieloną wyspę wzrostu gospodarczego” i jednoczesne stwierdzenie: „pieenięędzy nie ma i nie bęęędzie” (to pan hrabia Rostowski) formacja pana Tuska wepchnęła wkurzone społeczeństwo w objęcia PiS-u. Inna sprawa, że ani mnie, ani większości rodaków nie przyszło do głowy, do czego Jarosław Polskęzbaw jest zdolny. Po latach komuny cieszyliśmy się parlamentaryzmem: że jak się jedni zużyją, to wybiera się drugich, po lewicy – prawica albo centrum, a potem na odwrót. A kraj się rozwija, pieniądze z Unii, autostrady, linie kolejowe. Kto mógł przewidzieć, że czarne słowa Gomułki: „Władzy raz zdobytej nie oddamy już nigdy” powrócą – tym razem w wydaniu PiS-u i Kaczyńskiego? Natomiast pan premier Tusk swoją brukselską karierę wykorzystał – tak uważam – w stu procentach dla dobra Polski. Zdobyta wtedy jego pozycja procentuje właśnie teraz, w tak dramatycznych i niepewnych czasach.
Nade wszystko zaś – znów tak uważam – „odkupił winy”, wracając we właściwym czasie i biorąc na siebie ciężar kampanii, dzięki której nie żyjemy obecnie w „czarnej dziurze” PiS-owskiej dyktatury. No i proszę – jednak i mnie poniosło. A miało być tylko o panu Grzegorzu Koniecznym z Radzewic. Wypada więc tym zakończyć. Otóż od wielu miesięcy nie miałem (wątpliwej) przyjemności czytać tych pro-PiS-owskich listów. Pomyślałem, że wreszcie się ziściło: „I to by było na tyle” (tym zwrotem pan Grzegorz zawsze kończył). Złudne nadzieje: w 11. numerze ANGORY powrócił listem „A może i ja mam rację?”, i to z przytupem. Jego stwierdzenie, że przy tym, „co wyprawia teraz rząd Tuska”, działania Ziobry to był „pikuś”, ZAGOTOWAŁO MNIE (…). A skoro pan Grzegorz może, to i ja zakończę nieszablonowo. Parafrazą tekstu ze starego czechosłowackiego serialu „Szpital na peryferiach”. Zatem: „Gdyby demagogia miała skrzydła, pan Grzegorz unosiłby się w powietrzu jak gołąb”. Ale nie byłby to „gołąbek pokoju”. KRZYSZTOF S.
Familiada
Doczekaliśmy się „Familiady” w życiu politycznym, i to w wesołym wykonaniu wysokiego przedstawiciela władzy wykonawczej, Pana Andrzeja D. Miało to miejsce podczas wywiadu w mieście New York, kiedy to po zagajeniu przez reportera: „Czy w świetle ostatnich wydarzeń – chodzi o amerykańsko-ukraińską umowę dotyczącą minerałów – nie obawia się [Pan Andrzej D.], że pewnego dnia Donald Trump zażąda polskiej miedzi w zamian za obecność amerykańskich wojsk w Polsce? Rasowy polityk kazałby reporterowi puknąć się w czoło (reporterskie), mówiąc, że celem NATO jest nieodpłatna „ochrona państw członkowskich za pomocą środków politycznych i wojskowych”.
Niestety, polityk nierasowy połknął haczyk absurdu, odpowiadając: „No, jeżeli prezydent Donald Trump będzie w takiej sytuacji, że wyda na wsparcie dla Polski setki miliardów dolarów, to trudno mi powiedzieć, jakie będzie miał wobec nas oczekiwania. Natomiast póki co takiej sytuacji nie mamy”. Szanowny Czytelniku, odpowiedź: „Kanapka” na pytanie K. Strasburgera: „Jaki przedmiot szkolny najmniej przydaje się w życiu?”, w niektórych kręgach uważana jest za prawidłową. W kręgach Andrzeja D. dopuszcza się, że kraj członkowski NATO może być post factum postawiony przez prezydenta USA (kraju związanego zobowiązaniami traktatowymi) w roli płatnika za NATO-wską usługę ochrony państwa członkowskiego.
Taka aberracja mogłaby być wynikiem tylko dwóch stanów. Pierwszy z nich to stan umysłu, który z góry wykluczam jako abstrakcyjny. To skundlenie – stan, który w żaden sposób nie mógłby być udziałem prezydenta „nic nie mogę” w stosunku do prezydenta „wszystko mogę”. Drugi stan to niejako nic nieznaczące przyzwolenie (no bo kto komu?) do łamania prawa, które wynika chyba z niemal dziesięcioletniego przyzwyczajenia do łamania prawa. O, przepraszam, Pan Andrzej D. wykonywał tylko rozkazy. Do sierpnia daleko, postanowiłem więc wyjść naprzeciw ewentualnym oczekiwaniom Donalda Trumpa i podpowiadam rozwiązania, które mogą być jeszcze udziałem Pana Prezydenta, a nie wymagają nawet wylotu do Waszyngtonu i kłopotliwej rozmowy w języku obcym.
Po co babrać się w ziemi, szukając – wbrew temu, co insynuował premier RP – miedzi, skoro mamy jeden z najrzadszych metali ziem rzadkich – czystą, że buzi dać, nieubabraną w ziemi żyłę złota. W sztabkach w NBP. Zanim On (za oceanem) – po wydaniu na ochronę Polski kupy forsy własnej, nie NATO-wskiej, namyśli się – bo teraz „trudno [Prezydentowi RP Andrzejowi Dudzie] powiedzieć, jakie będzie miał (On) wobec nas oczekiwania” – ktoś sprytny może przeliczyć złoto na lata ochrony (broń Boże nie przeliczać na czołgi i samoloty). Jeszcze sprytniej będzie zmonetyzować wkład Kazimierza Pułaskiego i Tadeusza Kościuszki (to oczywiste, że post factum) w walkę o niepodległość Stanów Zjednoczonych, przez co, zakładam, pozwoliłoby zaoszczędzić nie tylko żyłę złota w NBP, ale zapewnić bezpieczeństwo Polski na wieki. Wyobraziłem sobie odcinek „Familiady”, w którym lider drużyny „Pałac Prezydencki” na pytanie prowadzącego: „Dlaczego utworzono sojusz północnoatlantycki?”, odpowiada: – „Dla jaj”. I to byłaby najwyżej punktowana odpowiedź. JANUSZ G.
Moje trzy grosze
Tyle się teraz dzieje, że nie sposób wytrzymać i nie włączyć się w dyskusję. Po pierwsze, wybory! Takiej kolejki do „pilnowania żyrandola” jeszcze nie mieliśmy. Każdy z pretendentów tak wiele nam obiecuje, że „będzie nam dobrze, będzie nam bardzo dobrze, będzie nam tak dobrze, że dobrze nam tak”. Nie mam zamiaru więcej się nad tym rozwodzić, wszyscy to słyszą, oglądają i komentują. Po drugie – Matecki. Ach, cóż to był za bohater i chojrak. Jeszcze chwilę temu sięgał gwiazd (z dachu hotelu sejmowego), a już tkwi w „lochu”. I tak jakby na własne życzenie – wszakże do czynów karalnych nikt go nie zmuszał. Bronią go, jak niepodległości, różne Wójciki, Kalety, Fogle, Kuźmiuki i cała reszta ferajny! Lęk mnie ogarnia na widok Wójcika, któremu (chyba) zagraża apopleksja. Panie Michale, szkoda zdrowia na aż takie zaangażowanie. Trzecia rzecz to już sprawa międzynarodowa, a właściwie światowa – rozmowy w Gabinecie Owalnym.
Jednych one cieszą, w innych budzą niesmak, a nawet przerażenie. Niektóre opinie dowodzą, że naszym pisiakom znana jest powieść Sienkiewicza i nawet (chyba) film Forda pt. „Krzyżacy”, a w szczególności scena pod bramą krzyżackiego zamku w Szczytnie, i stojący tam parę dni Jurand w worku pokutnym z pustą pochwą miecza u szyi. Bo ani Trumpa, ani Vance’a o to nie posądzam. Czyżby, przez pewną analogię, bo też przychodzi po prośbie, oczekiwali, iż Zełenski powinien się co najmniej czołgać do drzwi Białego Domu i koniecznie ucałować ręce „dobrodziejów”? A przecież sami tak jeszcze niedawno głosili, że my „wstajemy z kolan”.
Dlaczego zatem oczekują, że kogoś innego można czołgać i poniżać przed światem? Skoro tak trudno im pojąć, co się tam wydarzyło, zajmę się łopatologią. Niechże sobie wyobrażą, że do ich luksusowego apartamentu wkracza sąsiad i oznajmia, że tu zamieszka, ponieważ stąd jest lepszy widok, mniej hałasu i wyposażenie bardzo mu się podoba. Łagodna perswazja i próby wypchnięcia nie skutkują, a na dodatek wtargnęła reszta jego licznej i rozbrykanej rodzinki. Poproszony o interwencję Gospodarz Domu (stróż), po obejrzeniu i wysłuchaniu stron, przyznaje rację przybyszowi i jeszcze Gospodarzowi nakazuje zapewnić utrzymanie nowym mieszkańcom.
No, sama radość! Oczywiście, wszyscy oczekujemy zawarcia porozumienia, ale, na litość boską, nie na warunkach agresora! Przynajmniej po wycofaniu się jego armii z zajętych ziem, wypłacie odszkodowania za zniszczenia kraju, za uśmiercanie tysięcy jego mieszkańców. Oczekujemy zwrotu zakładników i powrotu porwanych dzieci do ich rodzin lub chociaż do kraju!!! Czy to zbyt wiele? Ciekawie się dzieje za tą wielką wodą. Oto Musk, nie mogąc zostać prezydentem USA, bowiem ichnia konstytucja zabrania tego urodzonym poza Stanami, podporządkował sobie jakimś sposobem Trumpa i teraz rządzi z tylnego siedzenia. Bo kto bogatemu zabroni? I to by było na tyle tych moich „groszy”. Pozdrawiam wiosennie Redakcję. BABCIA HELENKA
Panie Premierze!
Ci paskudni Amerykanie mają w nosie, kto zapłacił za Starlinki operujące nad walczącą Ukrainą. Zapłaciliśmy my. Sikorski musiał Muskowi o tym przypomnieć, ale to i tak nic nie dało. Odpowiedzi Rubia i Muska świadczą o nich samych. A że zamiast zwojów opon mózgowych mają zwoje studolarówek, to nie dotarło jeszcze do nich i ich szefa, iż Putin najpierw liczył, że podbije Kijów w trzy dni, ale nie spodziewał się, że Waszyngton podbije w trzy tygodnie. Pewnie też nie wiedzą, że Putin, waląc rakietą w hotel w Odessie, poturbował kilku cywili z jego kraju. W zasadzie to nie wiem, czy to pieniądze Muska dały wygraną (tu każdy negatywny przymiotnik pasuje do Trumpa), czy prostactwo jego wyborców, jak u nas 10 lat temu. Pewnie i jedno, i drugie, z przewagą tego drugiego, zmanipulowanego niewielkim wysiłkiem mediów społecznościowych Muska.
A tymczasem u nas współwinny stanu naszej armii D. Tusk, strażnik sektora Bankowego (duża litera zamierzona) od powstania Unii Wolności, mówi coś tam, coś tam o wolności wyboru – 1, 3 lub 30 dni przeszkolenia wojskowego. Dla chętnych, z „zachętą finansową” (czytaj: przyszłych żołdaków). No bo nie żołnierzy z motywacją obrony Ojczyzny. Pomysł jest niemądry, by nie określić inaczej. Panie Premierze! Nie ma teraz, dzisiaj takiego pojęcia jak „wolność wyboru”. Jak chce Pan mieć wolność, to wyboru już nie ma. Trzeba wszystkich zdolnych zaciągać do szkolenia wojskowego – a kobietom powiedzieć: na pierwszą linię – NIGDY. Jako były żołnierz podpowiem Panu, co trzeba zrobić, zanim podejmie Pan decyzję o JAKIMKOLWIEK szkoleniu wojskowym. Po pierwsze – wypowiedzieć lub zmienić umowy z członkami NATO, których wojsko stacjonuje u nas i korzysta z naszych poligonów.
Mają być dla naszego wojska, które MUSI ćwiczyć, a nie siedzieć w domach. Po drugie – postawić na terenie wszystkich istniejących jednostek wojskowych kontenery mieszkalne, sanitarne, kuchenne, z pralkami i suszarkami na pranie mundurów po ćwiczeniach. To zamiast tego, co Pan też kiedyś zlikwidował. Po trzecie – zabronić przyjazdu na przeszkolenie własnymi samochodami. W całym kraju przy jednostkach już istniejących jest totalny bałagan z tym parkowaniem gdzie się da. No i po czwarte, najważniejsze: nie 1, 3 czy 30 dni szkolenia, bo to będzie produkcja „mięsa armatniego”. Powinno być 30, 60 i 90 dni szkolenia. Zapewniam Pana, że stać nas na to, nawet kosztem słupków poparcia. Po 30 dniach chętni szkolą się dalej do 60. dnia na funkcje niezbędne przy obsłudze sprzętu, w tym i bojowego, zakończonego egzaminem na stopień podoficerski.
Ci słabsi po 30 dniach dostają przydział mobilizacyjny do Obrony Terytorialnej stosownie do miejsca zamieszkania lub (dla chętnych) formacji podległych MSW – a jest ich niemało i takie przeszkolenie 30-dniowe jest na wagę złota. Najlepsi po 60 dniach szkolenia muszą się zdeklarować, czy chcą być w wojsku na dłużej. Jeśli tak, muszą trafić do jednostek bojowych i odbyć kolejne 30 dni szkolenia załogami, obsługami, zespołami konkretnego sprzętu. To będzie rezerwa konkretnej jednostki wojskowej, a jej dowódca będzie wiedział, że w wypadku wojny to oni zastąpią rannych czy zabitych. Koniec z tą bylejakością i sztucznością, iluż to my mamy wyszkolonych rezerwistów. Ten 90-dniowy cykl nie wyklucza nikogo chętnego na trzyletni kurs oficerski. Snajperzy i operatorzy dronów Putina nauczyli się już szukać oficerów na wojnie w Ukrainie. A gdyby tak jeszcze pomyślał Pan o tym, żeby wiele, bardzo wiele stanowisk w samorządach i rządzie uzależnić od odbycia minimum 30-dniowego szkolenia wojskowego (dla pań również), to nie musiałbym słuchać idiotycznych dyrdymałów z trybuny Sejmu czy na wyborczych wiecach. TERMINATOR
Lepiej późno niż wcale
Zbroimy się na potęgę, kupujemy, gdzie się tylko da, kosztowne sprzęty do zabijania naszych wrogów. No i dobrze, takie czasy, bo kto goły i wesoły, to wręcz prosi się, żeby go pożreć. Jedna rzecz mnie niepokoi – dlaczego wydajemy miliardy na sprzęt, który moglibyśmy robić sami? Jaki to interes napychać kieszenie Koreańczykom, Amerykanom, a ostatnio Czechom? Za ułamek tych wydawanych miliardów moglibyśmy zbudować fabryki zbrojeniowe u siebie, bo jak świat światem, przemysł zbrojeniowy to najlepszy kop do przodu dla gospodarki. Najlepszy przykład to nazistowskie Niemcy, gdzie potężne inwestycje w zbrojenia wyciągnęły je z kryzysu – na nasze nieszczęście. Na szczęście władza nareszcie to pojęła i wzięła się do roboty – lepiej późno niż wcale.
Mamy ogromny potencjał, a przede wszystkim ludzi. Nasi inżynierowie informatycy i wielu innych specjalistów sroce spod ogona nie wypadli. Trzeba stworzyć im odpowiednie warunki, a oni załatwią sprawę. Koncertowo. Tym bardziej że mamy tradycje, bo w przedwojennej Polsce, o wiele biedniejszej niż dzisiejsza, budowano całkiem solidny przemysł zbrojeniowy, i to od podstaw – np. Stalowa Wola. Był to ogromny wysiłek – zarówno dla niebogatego państwa, jak i obywateli, którzy się godzili na wiele wyrzeczeń w imię obrony ojczyzny. I gdybyśmy mieli więcej czasu, to Niemcy dwa razy by się zastanowili, czy robić nam kuku. Również po wojnie mogliśmy się pochwalić produkcją niezłego sprzętu. Być może z bombą atomową czy wodorową byłyby problemy, i to nie techniczne, ale polityczne. Ale np. części zamienne i amunicję do zagranicznych cudeniek i wiele innych rzeczy niezbędnych naszym wojakom z powodzeniem możemy robić sami. Tym bardziej że sprzęt, który już produkujemy, świetnie się sprawdził w Ukrainie.
A sprzedawanie polskiej broni to przecież najlepszy interes! Mając dobre zaplecze i świetnie wyszkolonych żołnierzy, możemy stać się groźnym brytanem, którego lepiej nie zaczepiać, zwłaszcza że polski żołnierz niejednokrotnie dał dowód, że potrafi walczyć, i to skutecznie. Dlatego uważam, że pomysł Premiera o powszechnych szkoleniach wojskowych jest ze wszech miar dobry. A apel pana Sawickiego: …kupować, kupować, należałoby zamienić na: budować, budować zakłady zbrojeniowe i szkolić, szkolić. R. PORĘBSKI
Jak długo jeszcze ten koszmar?
Inaczej nie potrafię określić tego, co teraz przeżywamy. Czas leci szybko – rok, półtora roku, ani się obejrzymy, jak miną dwa lata. Oni wciąż są – na szczęście w opozycji. Ale co z tego, skoro nadal zatruwają nam życie, a dla nas – milionów Polaków – to po prostu koszmar. Za jakie grzechy? Naprawdę, niełatwo z tym żyć. Mogliby przecież być normalną opozycją. Taką, która krytykuje niewłaściwe działania rządu, proponuje inne, racjonalne, mając na celu poprawę sytuacji Polaków. Ale nie – oni przeważnie krytykują wszystko, co popadnie, często kłamią i wymyślają najróżniejsze intrygi, nie przejmując się konsekwencjami. Ale normalni obywatele muszą się przejmować. Gdy piszę te słowa, najważniejsze dla nas tematy to wybory prezydenckie w Polsce i przyszłość Ukrainy. Ale kiedy przedstawiciele PiS i Suwerennej Polski wypowiadają się na te tematy, nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Na ogół ich wypowiedzi są kompletnie oderwane od rzeczywistości. Do tego w Pałacu Prezydenckim mamy tak „wybitnego” męża stanu, że cieszyć się należy, iż jego trzecia kadencja nam nie grozi. Co nas więc czeka w najbliższej przyszłości? Nie czuję się na siłach odpowiedzieć na to pytanie. Zwłaszcza że powinno się pamiętać, czyją matką jest nadzieja. KRZYSZTOF WAŚNIEWSKI
Immunitet
Patrząc na nasz dzisiejszy Sejm, widzę kupę cwaniaczków, którzy dbają o swój interes. Gdyby tak nie było, już dawno znalazłaby się grupa prawych posłów stawiających wniosek o powrót do zapisu immunitetu w Konstytucji kwietniowej z 1935 roku. To w tej Konstytucji nastąpiło drastyczne ograniczenie immunitetu parlamentarnego: „Posłowie korzystają tylko z takich rękojmi nietykalności, jakich wymaga ich uczestnictwo w pracach Sejmu”. Pamiętam, że gdy powstawała obowiązująca teraz Konstytucja, tłumaczono ten immunitet tym, iż komuniści będą mogli, przed ważnymi obradami i głosowaniami, aresztować przedstawicieli opozycji.
Uważam, że nie powinien istnieć obecny zapis w Konstytucji art. 105. 1. mówiący: Poseł nie może być pociągnięty do odpowiedzialności za swoją działalność wchodzącą w zakres sprawowania mandatu poselskiego ani w czasie jego trwania, ani po jego wygaśnięciu. Za taką działalność poseł odpowiada wyłącznie przed Sejmem, a w przypadku naruszenia praw osób trzecich może być pociągnięty do odpowiedzialności sądowej tylko za zgodą Sejmu. Tak nasi obecni posłowie zapewnili sobie nietykalność w czasie i po zakończeniu swojego zasiadania w Sejmie i nie zamierzają tego zmieniać. Jesteśmy teraz świadkami, jak posłowie PiS gimnastykują się, aby nie odpowiadać za czyny, które popełnili. Jak kłamią, mówiąc, że reżim Tuska ich ściga i chce wsadzić do kryminałów za to, że tylko zarobili na lewych interesach trochę kasy. KRZYSZTOF