R E K L A M A
R E K L A M A

Stajnia Augiasza. Biegli bez kontroli, pacjent bez szans

Od dwóch dekad dyskutuje się o konieczności uzdrowienia patologii związanej ze sporządzaniem opinii sądowo-lekarskich przez biegłych z zakresu medycyny. Jednak nic nie zapowiada, żeby poza pacjentami komuś na tym zależało.

Fot. Pixabay

Przypadek pierwszy

W 2022 r. mieszkanka województwa mazowieckiego zaszła w ciążę. Do 28. tygodnia wszystko przebiegało prawidłowo. Jednak wówczas u kobiety pojawiły się nagłe objawy narastającej duszności i uporczywego bólu w okolicy zamostkowej. Pacjentka została zawieziona do szpitala, gdzie po przeprowadzeniu badań ustalono, że jest to przypadek zawału STEMI (nagły zawał spowodowany całkowitym zablokowaniem tętnicy wieńcowej przez zakrzep). Pilnie przeprowadzono badanie koronograficzne (inwazyjne badanie radiologiczne naczyń wieńcowych, które pozwala ocenić stan tętnic doprowadzających krew do serca), w trakcie którego usunięto skrzep zalegający w tętnicy okalającej mięsień sercowy, podano heparynę drobnocząsteczkową (lek przeciwzakrzepowy, który hamuje krzepnięcie krwi i zapobiega powstawaniu skrzepów).

Mimo to doszło do nagłego zatrzymania krążenia. Niezwłocznie podjęto działania reanimacyjne, ale okazały się one nieskuteczne. Kobieta zmarła.

Zdecydowano o przeprowadzeniu cesarskiego cięcia. Noworodek znajdował się w stanie krytycznego niedotlenienia wewnątrzmacicznego, a odklejone łożysko jeszcze pogorszyło stan dziecka. W następstwie niedotlenienia doszło do mózgowego porażenia dziecięcego.

Zdarzenie zgłoszono do prokuratury, która rozpoczęła śledztwo. Sprawa trafiła do sądu. Powołano biegłych, a ci uznali, że postępowanie lekarzy było prawidłowe.

– Żaden z biegłych nie poinformował sądu, że reanimacja ciężarnej od 25. tygodnia ciąży powinna być przeprowadzona w innej technice niż u dorosłego pacjenta i wymaga szczególnego działania zespołu reanimacyjnego – mówi dr Ryszard Frankowicz, specjalista ginekolog-położnik.

Z materiału dowodowego wynika, że heparynę drobnocząsteczkową podano zbyt późno. Nie zawezwano pilnie do konsultacji zespołu położniczo-noworodkowego w celu ewentualnego przeprowadzenia cięcia cesarskiego na umierającej matce. Cięcie cesarskie rozpoczęto z opóźnieniem, bo 4 minuty od wystąpienia nagłego zatrzymania krążenia matki. Dziecko jest w stanie wegetatywnym i do końca życia będzie zdane na opiekę ze strony najbliższych, a przecież istnieją wytyczne dotyczące resuscytacji ERC/PRC 2021 (Europejskiej i Polskiej Rady Resuscytacji) oraz wcześniejsze stanowisko AHA/ILCOR (American Heart Association/International Consensus on Cardiopulmonary Resuscitation).

Przypadek drugi

Trzydziestopięcioletni mężczyzna przebył planowy zabieg z zakresu chirurgii urazowo-ortopedycznej w okolicy stawu kolanowego, co zostało poprzedzone nałożeniem gumowej opaski uciskowej mającej zmniejszyć krwawienie w polu operacyjnym. Użyto jedynie opaski gumowej, a w takim przypadku powinno się używać opasek pneumatycznych. Zabieg trwał dłużej niż 90 minut bez żadnej przerwy, mimo że co jakiś czas należało poluzować opaskę. W wyniku długotrwałego ucisku pacjent doznał uszkodzenia nerwu strzałkowego i do końca życia będzie zmuszony do noszenia ortezy. Biegły anestezjolog uznał, że nie można łączyć wspomnianych działań o charakterze anestezjologicznym z późniejszym trwałym uszkodzeniem nerwu strzałkowego, a sąd na tej podstawie oddalił powództwo.

Przypadek trzeci

Kolejne zdarzenie dotyczy biegłych z tytułami profesorskimi, którzy oceniali postępowanie lekarzy podczas porodu (dojrzałego noworodka) drogą pochwową. Po podaniu oksytocyny, która miała przyśpieszyć akcję skurczową, przez siedem godzin trwania porodu zapis KTG (monitorowanie akcji serca płodu wraz z zapisem czynności skurczowej macicy) był nieczytelny, bo pelota zbierająca sygnał z brzucha rodzącej się przesunęła, czego nikt nie zauważył i przez tyle godzin tego nie sprawdził. Dziecko urodziło się z porażeniem mózgowym. Niedbalstwo zawodowe położnej i nadzorującego jej pracę lekarza biegli uznali za tak zwane ciche niedotlenienie klinicznie niedające się zauważyć, co było oczywistą nieprawdą. Noworodek uzyskał bardzo niską punktację w skali Apgar, a jego szyja była dwukrotnie opasana pępowiną, która ulegała systematycznemu zaciskowi w czasie trwania akcji porodowej. Sąd oddalił powództwo.

Kompetentni, bezstronni, uczciwi?

Trudno ustalić, ile opinii sporządzają każdego roku biegli z zakresu medycyny dla sądów i prokuratur. Taka wiedza nie jest nikomu potrzebna, bo mogłoby się okazać, że liczba spraw dotyczących zdarzeń medycznych, zarówno karnych, jak cywilnych, wzrasta każdego roku, co przecież trudno uzasadnić, w sytuacji gdy budżet Narodowego Funduszu Zdrowia przekracza 217 miliardów, a liczba lekarzy milionerów wynosi kilkanaście tysięcy. Z szacunkowych danych wynika, że do prokuratur rocznie trafia około 2,5 tysiąca zawiadomień dotyczących możliwości popełnienia przestępstwa w wyniku działań personelu medycznego. Liczba pozwów cywilnych szacowana jest na ponad 7 tysięcy, ale i ta wielkość nie jest pewna.

W Polsce nikt nie bada, jak duża jest liczba zdarzeń jatrogennych (negatywnych następstw działań personelu medycznego) spowodowanych przez lekarzy w procesie leczenia, które kończą się narażeniem pacjentów na utratę życia i zdrowia. Nie jest to w interesie samorządu lekarskiego, Ministerstwa Zdrowia ani Narodowego Funduszu Zdrowia. Według szacunkowych wyliczeń, które wiele lat temu zrobiło Stowarzyszenie Pacjentów Primum Non Nocere, to ponad 30 tys. przypadków rocznie. Tak więc można przyjąć, że zaledwie co czwarte takie zdarzenie medyczne trafia do prokuratury lub sądu. Procesy trwają latami, najdłuższe, o jakich pisaliśmy, zakończyły się prawie po 20 latach. Nawet jeżeli poszkodowany pacjent uzyska przed sądem zadośćuczynienie za doznane krzywdy, to może nie doczekać realizacji wyroku. Mamy więc patologię, która dotyczy całego systemu ochrony zdrowia i wymiaru sprawiedliwości.

Sprawami dotyczącymi sądów lekarskich naszym zdaniem w ogóle nie ma co się zajmować, gdyż od 25 lat piszemy, że obecne uprawnienia samorządu lekarskiego powinny być ograniczone do minimum, a sama przynależność lekarzy do izb lekarskich dobrowolna, a nie jak teraz obligatoryjna.

– Przez ponad 30 lat zapoznałem się z przeszło 20 tys. opinii sądowo-lekarskich – zapewnia dr Frankowicz. – Nie przypuszczam, żeby ktokolwiek w kraju miał podobne doświadczenia. Z przykrością muszę stwierdzić, że ponad połowa z nich była nieobiektywna, a znaczna część, niestety, zawierała fałsz intelektualny, a nawet zwykłe kłamstwa, które łatwo dało się zdemaskować. Nie pamiętam jednak, żeby któregoś z biegłych ukarano dyscyplinarnie czy karnie. Bardzo rzadko sąd karze biegłego za bardzo długie, nadmierne opóźnianie sporządzenia opinii, co niekiedy trwa kilka lat. Jedynie kilka razy zdarzyło się, że kwota za opóźnione wykonanie opinii została znacząco zmniejszona. Sporządzenie opinii jest coraz bardziej kosztowne i potrafi wynieść nawet do 40 tys. zł. Na łamach „Polskiego pacjenta” wiele razy przedstawialiśmy opinie, które sprowadzały się do przepisania fragmentów akt sprawy i opatrzenia ich 1 – 2 kartkami maszynopisu autorstwa biegłych. Na łamach naszej rubryki od kilkunastu lat apelowaliśmy do kolejnych ministrów sprawiedliwości, żeby wreszcie przygotowali odpowiadającą współczesnym standardom ustawę o biegłych sądowych. Minister Żurek prawdopodobnie jeszcze przez ponad rok będzie pełnił swój urząd. To naprawdę dużo czasu, żeby przygotować i uchwalić takie prawo. 

2026-10-09

Krzysztof Różycki