Irytacja Polaków jest poniekąd uzasadniona – o czym tu gadać w kraju, w którym ponad dekadę temu konstytucję wyrzucono de facto do śmietnika, w którym szef partii rządzącej kilka lat temu uczynił swoją kucharkę, zwaną „odkryciem towarzyskim”, prezesem Trybunału Konstytucyjnego, a obecnie (jeszcze) funkcję tę zajmuje gość, który przez lata był prawą ręką ministra sprawiedliwości, obecnie podejrzewanego o kierowanie grupą przestępczą i złodziejstwo uciekiniera. Szemrane typy, szemrana sprawa, słabo.
Polska do konstytucji szczęścia nie miała w zasadzie nigdy. Gdy przyjęto u nas wybitnie postępową jak na owe czasy Konstytucję 3 maja, euforia szybko zgasła, bo państwo wchodziło akurat w fazę przedrozbiorowej agonii. Gdy po odzyskaniu niepodległości uchwalono w 1921 roku całkiem sensowną konstytucję marcową, już wkrótce szykujący się do przejęcia władzy w kraju Marszałek pomstował na „konstytucję prostytucję”; może nie na sam dokument, ale na polityków, którzy traktowali go jak ścierę (choć sam był wśród nich). Konstytucja kwietniowa z roku 1935 była konstytucją kraju, w którym panowała dyktatura. A konstytucja PRL z 1952 roku była konstytucją dyktatury, do tego stalinowskiej. Ta konstytucja to już była lipa zupełna. Więcej autentyzmu miał zbudowany z okazji jej przyjęcia w stołecznej dzielnicy MDM Plac Konstytucji. Podobnie jak konstytucja był socrealistyczny, ale jednak z elementami, inaczej niż konstytucja, realistycznymi.
Subskrybuj