Te cztery nieszczęsne formacje łączy jedno, ale uzasadnia mój felieton: głosowałem na nie, stając się jednym z wielu, których głosy umożliwiły ludziom spoza galerii woskowych figur politycznych, od lat okupujących uwagę, wejście do polityki i pozwoliły zmierzyć się z materią, która nie jest tego warta.
Jak zawsze w przypadku partii opartej na liderze, a nie idei czy programie, byliśmy naocznymi świadkami „rozkwitu i upadku, niczym miasta Mahagonny”, operze sprzed stu lat. Owszem, pół kadencji, jakie Hołownia spędził na stolcu marszałka Sejmu, było nową jakością w sensie rozrywkowym, ale czy politycznym? Na pewno odświeżyło sejmowy zaduch, wniosło powiew inteligencji w formie dowcipu i bon motu, ale czy cokolwiek zmieniło w polskiej codzienności? Nie, i ta odpowiedź w pełni uzasadniła ocenę Hołowni w kampanii prezydenckiej (4,99 proc.), jaką wyraził dlań elektorat. I jaką Hołownia przyjął dosłownie. Przegrał i zachował się jak przegrany. A to nie jest standard w polityce.
Standardem w polityce nie jest też okazywanie rozpaczy, a nade wszystko psychicznej labilności. Upadek Polski 2050 wyniknął z licznych wpadek wizerunkowych, którym zawinił Hołownia. Przypomnę, że zarabiając na posadzie w Sejmie i kierując partią, Hołownia, mieszanka Piotrusia Pana i śniadaniowego celebryty, zaczął ostentacyjnie poszukiwać pracy w ONZ, co miało zrekompensować mu krajową porażkę. Zszokowało to jego towarzyszy, naiwnie uznających, że w polityce jest się ze sobą na dobre i złe. Potem nie pomógł sobie ani partii, drąc szaty i policzki, by hamletyzować: wrócić na łono partii czy nie wrócić, choć nawet oddani parteigenossen okazywali, jak bardzo mają go dosyć. Podziały w Polsce 2050 też są winą Hołowni, bo pozwalając na agresywną kampanię wyborczą o schedę po nim, skłócił wszystkich ze wszystkimi. Jeden z najwierniejszych kompanów, Michał Kobosko, zganił go publicznie za nieustanne zmiany zdania. – Od lidera wszyscy mają prawo oczekiwać pewnej konsekwencji, determinacji i stabilności poglądów – stwierdził. Jeszcze boleśniej Hołowni dopiekła banitka z partii Izabela Bodnar, krytykując go na odlew: – Miałam wielu szefów w swojej karierze, byli różni, nie każdy był geniuszem, ale nie pamiętam, żebym się musiała za nich tak regularnie wstydzić. Przykład? Ot, w lipcu Hołownia chlapnął, że był w ostatnich tygodniach namawiany do zamachu stanu i opóźnienia zaprzysiężenia prezydenta elekta. Później sam nie bardzo potrafił wystękać, o co mu chodziło… – Jak dzieciaki na wakacjach – ocenił „politykę” uprawianą przez marszałka Donald Tusk. – Hołownia to polityk przegrany. Bez pomysłu nie tylko na partię, ale przede wszystkim na siebie – twierdzi dawny stronnik. – Jesteśmy w dupie przez Szymona – mówi inny.
Subskrybuj