Jadąc samochodem, zobaczył biegnącego chodnikiem młodego chłopaka. Uznał, że złapał sprawcę, wysiadł z auta z bronią w ręce i zmusił go, by poszedł z nim do domu, a tam okazało się, że… zaszła pomyłka. Matka chłopaka wezwała policję.
Podczas przesłuchania Maciej M. przyznał się do swojego czynu i złożył krótkie wyjaśnienia.
– Tego dnia robiliśmy z żoną porządki w ogródku i powiedziała mi wówczas, że pod nasz płot niedawno podszedł młody mężczyzna i pytał, czy znajdzie się dla niego praca albo parę groszy, bo jest bardzo biedny. Od razu poszedłem sprawdzić, czy jest prostownik, bo był podłączony do mojego auta. Nie było go i bardzo się zdenerwowałem. Pomyślałem, że właśnie ten człowiek go ukradł i postanowiłem go odszukać. Zabrałem z domu broń gazową i wsiadłem do samochodu.
– Po co pan wziął broń? – pytali śledczy.
Subskrybuj