Genialny scenariusz prezesa
Rozpad, a może… fikcja?
Pozwolę sobie opisać swoje przemyślenia na temat wydarzeń, które mają miejsce w PiS-ie i które nadal obserwujemy. Pan Kaczyński, obserwując spadki notowań swojej partii, musiał zareagować. I zareagował. Nadzieję na powrót do władzy widział nie w poprawie wyników swojej partii, lecz w przyciągnięciu tzw. środka – czyli elektoratu umiarkowanego, który nie bardzo chce głosować na PiS i niechętnie widzi przedłużenie kadencji obecnie rządzącej koalicji z premierem Tuskiem. I, w mojej ocenie, wymyślił genialny scenariusz, który udało mu się prawie w całości zrealizować.
Najpierw zostawił przy sobie najbardziej radykalną część elektoratu. I tu pojawia się pan Czarnek. Na premiera nadaje się jak diabeł na papieża, ale wiadomo, że wykona, co mu zlecono, i swoją retoryką utrzyma tę prawicową część wyborców, która uwierzy, że z takim przewodnikiem zbuduje nową Polskę. A co ze środkiem? Tu pojawia się pan Morawiecki. Najgorszy premier ostatnich lat, ale dobrze ubrany, znający język angielski, ciut proeuropejski i mogący zyskać zaufanie tej części społeczności, która zapomniała nawet już o aferach związanych z tym panem. Teraz należy tylko przekonać polityków i dziennikarzy, że rozpad w partii jest autentyczny.
Pan Morawiecki (za zgodą Kaczyńskiego) bierze 40 posłów – nibyrozłamowców – i tworzy coś w rodzaju klubu lub partii, a żeby uwiarygodnić rozpad PiS-u, nie szczędzi wyzwisk i wspólnych oskarżeń. Takie zachowanie ma przekonać dziennikarzy, bo to oni kształtują opinię. Plan genialny i jego termin realizacji również. Wszystko dzieje się przed sierpniem, czyli urlopowym miesiącem w Sejmie. W przeciwnym razie zobaczylibyśmy, że przy głosowaniach na sali posiedzeń ci nibyrozłamowcy z Morawieckim na czele głosują tak, jak życzy sobie szef, czyli nadal pan Kaczyński. Scenariusz powoli się zamyka i myślę, że pan Kaczyński ze swoimi wiernymi druhami może powoli odbijać korki od szampana. ANDRZEJ JANIEC
„Żałosna komedia w jednym akcie”
Morawiecki redivivus
Mam ochotę wrócić do znanych cytatów z Morawieckiego. W ostatnich dniach były już – na szczęście – premier jest w swoich wypowiedziach bardzo szczodry, roztacza przed nami wizję rozwoju Polski, którą zrealizuje, gdy dorwie się – takim lub innym sposobem – do władzy. Abstrahując od tego, czy konflikt w PiS jest udawany, jak uważa p. Ela, autorka listu do ANGORY nr 33 „Żałosna komedia w jednym akcie”.
Morawiecki jest bardzo często widziany na spotkaniach, w mediach publicznych i społecznościowych. Ciągle musi, biedaczysko, przygotowywać jakieś teksty, by czymś zaskoczyć, by pokazać swoją mądrość i determinację. Swoją drogą, jedni jako sposób unikania więzienia wybierają ucieczkę do kraju dziczejącego ostatnio w zawrotnym tempie, inni, zakładając nową partię, która ma pozwolić dorwać się do władzy za pomocą ogłupiania elektoratu.
Morawiecki wybrał to drugie rozwiązanie, bo przecież nie jest tajemnicą, że nigdy nie przepadał za Ziobrą. Jednak, biedaczysko, tyle się musi namęczyć przy tym układaniu nowych wystąpień, a przecież mógłby sięgnąć do pierwszej lepszej gazety z czasów świetności restauracji „Sowa i Przyjaciele”, by swoje polityczne credo przedstawić raz na zawsze. „Ku…, siedzą ci bogaci Amerykanie, Żydzi, Niemcy, Angole, Szwajcarzy, nie? Siedzą w swoich głębokich, wiesz, fotelach. Mają nakumulowane tego oczywiście kapitału tyle, że możesz ich tam w d… pocałować”.
Abstrahując od tego, jak siedzącym w głębokich fotelach można oddać ten wyraz najwyższego szacunku, Morawiecki pokazuje, że kumulowanie kapitału to zła droga do dobrobytu. Lepiej przepisać wszystko na żonę, a samemu być skromnym politykiem. No może nie aż tak skromnym, jak ci, których miał na myśli, mówiąc: „Jak ludzie ci zapier… za miskę ryżu, jak było w czasach po drugiej wojnie światowej i w trakcie, to wtedy gospodarka cała się odbudowała”.
Wiadomo, jest wiele lat po wojnie, chociaż przecież: „Najlepszym sposobem zawsze była wojna. Wojna zmienia perspektywę w pięć minut”. To też Morawiecki z „Sowy”, gdyby ktoś zapomniał. I niech nikt się nie łudzi dobrobytem, który jakoś zupełnie nieopatrznie obiecuje Morawiecki. „Ludziom się wydawało, że zawsze będzie lepiej, emerytury będą dość wysokie, żyć będziemy coraz dłużej, służba zdrowia będzie za darmo, ku…, i edukacja za darmo”. Będzie zupełnie inaczej: „Będziemy zapier… i rowy, ku…, kopać, a drudzy będą zakopywać, będziemy zadowoleni”.
Panie Morawiecki, po jaką cholerę – że użyję pańskiego knajackiego, jak go nazywa dobry pana znajomy, języka – wysilać się i pisać nowe przemówienia, w sytuacji gdy pański manifest, dorównujący w swej światłości Manifestowi komunistycznemu, jest gotowy? Wystarczy go odkurzyć. A może pan myśli, że my nie pamiętamy? Fakty nie przestają istnieć z powodu ich ignorowania – jak powiedział Aldous Huxley. A tak zupełnie na poważnie. I nie tylko do Morawieckiego, bo jest wielu skompromitowanych swoimi wypowiedziami lub czynami polityków. Jakiż trzeba mieć tupet, by po ujawnieniu takich słów nie zapaść się pod ziemię i nie zamilknąć na zawsze.
Zakończę jeszcze jednym cytatem z Huxleya, tym razem adresowanym wprost do Mateusza Morawieckiego, bo tak go odbieram: „Człowiek może się uśmiechać, a być łajdakiem. Bezlitosnym, zdradliwym, wszetecznym, zepsutym łajdakiem”. ARTUR BUKAJ
Za ten bałagan odpowiadają wszyscy!
Syreny
I nie chodzi mi o syreny ze starożytnego eposu Homera, ale o syreny alarmowe, uruchomione nie wszędzie na Lubelszczyźnie po upadku i eksplozji rakiety Putina Ch-101. Obrzucanie się winą – pisowcy na peowców i na odwrót – jest funta kłaków warte, bo wszyscy równo odpowiadają za bałagan, niekompetencje i nieprzygotowanie odpowiedzialnych za to ludzi w sprawie uprzedzania o zagrożeniach ze Wschodu. Zagrożeniach realnych, gdyż wojna Rosji z Ukrainą już trwa długo, bardzo długo. A syreny, jeśli już wyją, to nie na wsiach – bo i po co? Tam miastowi jeżdżą tylko pobiegać albo na grzyby.
Pamiętam, jak za prezydentury B. Komorowskiego mianowany przez niego generał na stanowisko dowodzącego na wypadek wojny powiedział, że o uderzeniu Rosji będzie wiedział pół roku wcześniej. Brawo, mołodiec (zuch), ma pewnie kumpli na Kremlu! Nie dziwi mnie, że teraz to piloci obsadzili DORSZ-a po odsunięciu tych z OT, bo to oni najwięcej się szkolą, latają, a szczurom lądowym poligony zarastają łubinem i wrzosem, więc nie ma kogo wybrać, bo ćwiczeń własnych nie ma.
Na szczęście te NATO-wskie jeszcze są. Teraz, kiedy Polska nie jest (jeszcze) nawet w stanie zagrożenia wojennego, nie tylko na wschodzie kraju, trzeba z syrenami zrobić porządek, jako pierwszy sygnał o zagrożeniu życia i zdrowia każdego z nas, gdziekolwiek mieszka. I choć Putin o tym wie od dawna, tworząc pod Petersburgiem 72. Centrum Służby Specjalnej GRU odpowiadające za koordynację dezinformacji, to odkrycie rakiety w Polsce wyraźnie ich zaskoczyło. Dlaczego? W niczym nie przypominało tego z 10.09.2025 r. Wtedy, zanim drony w ogóle przekroczyły granice Polski, chłopaki z Centrum dały naszym trollom komendę „wpieriod” za wcześnie. Wszyscy wysypali narrację o ukraińskiej prowokacji dronowej. Tym razem postanowiono wzmocnić przekazy dezinformacyjne nawet po oficjalnych komunikatach tylko po to, aby osłabić zaufanie Polaków do instytucji państwowych.
Ogólny przekaz dezinformacji był taki: „Ani nasze wojsko, ani NATO nas nie obronią, bo są niezdolne do niczego”. Czy też: „Mamy nieudolne wojsko, które nie jest w stanie osłonić polskiej przestrzeni powietrznej”. Oraz i takie: „Dziwny ten lej, nie ma śladów opalenia”, no i kompletne kuriozum: „Gdzie są szczątki, wyparowały?”. Pocieszające są dwa zjawiska. Pierwsze – internauci sami z siebie szybko to gasili, bo w sieci i TV każdy widzi wyraźnie, jak wybucha w Ukrainie rakieta czy bomba i co po sobie zostawia. Drugie – ci z mikrofonami w łapce nie biegają po Sejmie i w studiach nie pytają już, gdzie stoją te radary i wyrzutnie obrony przeciwlotniczej. Ale przekaz o nieudolności wojska, które przez 6 minut nie jest w stanie zestrzelić pocisku manewrującego prującego z prędkością dwa razy większą niż francuski TGV, „żarł” nieźle, przenikając do mediów i, wydawałoby się, poważnych polityków.
Za wzór stawiano Rumunię, która rozprawiła się aż z trzema dronami Rosji, zapominając, że np. pierwszy latał sobie wzdłuż, wszerz i po przekątnej całej Rumunii przez godzinę i 20 minut, zanim się w końcu zlitowali i rakietą z F-16 zakończyli jego męki i wpadł do wody. Jest jednak nutka optymizmu. Ten sam internauta, który cierpliwie odsyłał do YouTube’a i tłumaczył ruskiemu trollowi różnice wybuchu rakiety w polu rzepaku, z tą w serialu z wybuchów MacGyvera, napisał: „Kibole wybrali kibola tylko po to, aby kiboli ułaskawiał”. Wow! To popracujmy jeszcze z jakimś elektronicznym sprzężeniem uruchomienia syren, aby miastowych uprzedziły o rakiecie, a będzie lepiej. Od czegoś trzeba zacząć. JAN
„Wielu jest doktorami z tytułu, a bardzo mało z postępowania” (Hipokrates)
Reformę trzeba zacząć od studiów
Niestety, lekarze zarabiają ogromne pieniądze, sięgające nawet milionów złotych rocznie. Najczęściej tłumaczą się długimi studiami oraz koniecznością ciągłego doskonalenia swoich kwalifikacji. Ale czyż samodoskonalenie nie dotyczy również innych zawodów, np. naukowców, nauczycieli, inżynierów, specjalistów? Bez ciągłego uczenia się i doskonalenia swoich kwalifikacji nie jest przecież możliwy żaden postęp cywilizacyjny, gospodarczy i społeczny.
Trzeba zwrócić uwagę na to, że pewne ograniczenia finansowe lekarzy ustalane przez władze zupełnie nie dotyczą patologicznych stawek pobieranych przez chciwych lekarzy w czasie prywatnych wizyt i praktyk domowych. Nieraz sięgają one kwot w postaci setek, a nawet tysięcy złotych za kilkunastominutowe (!) porady czy usługi. Aż dziw, że tacy lekarze zupełnie nie czują wstydu. Jest to jednak często brak wychowania, mo ralności, etyki i tzw. kindersztuby. Dlatego aż prosi się o pilne wprowadzenie do programu studiów medycznych elementów etyki oraz empatii, chociaż nie od rzeczy jest także zwracanie młodym ludziom uwagi na te sprawy już w szkole oraz w domu w czasie kształtowania ich charakteru i osobowości.
Dzisiejsi lekarze nie dorastają do pięt wielu starszym lekarzom sprzed kilkudziesięciu lat, którzy bardzo często świadczyli swoje usługi biedniejszym ludziom bezinteresownie. Była to prawdziwa służba zdrowia, a nie to, co dziś, ponieważ obecna służba zdrowia nie ma z tym wiele wspólnego. Obserwując zabiegi lekarzy polegające rzekomo na „doskonaleniu służby” zdrowia, uderza w nich wyłącznie bezczelny nacisk na płace.
Badania w tym zakresie dowodzą, że prawie 80 proc. takich środków dotyczy podwyżek płac lekarzy, 10 proc. przeznacza się na podwyżki płac pielęgniarek, a tylko pozostała reszta dotyczy leków i żywienia pacjentów. Ale nie na tym powinna polegać kompleksowa reforma służby zdrowia. Wymaga ona udziału w tych procesach specjalistów organizacji i zarządzania, menedżerów, polityków oraz prawdziwie mądrych i kompetentnych lekarzy kierujących się nie tylko finansami, ale przede wszystkim dobrem pacjentów. To dobro pacjentów powinno znajdować się w centrum tych procesów, a nie lekarze oraz ich wygórowane i coraz wyższe żądania płacowe. Prof. H.F.B.
Mętna filozofia finansów Kościoła
Co łaska?
O finansach Kościoła Katolickiego w Polsce można pisać w nieskończoność. Tak jak nieskończona jest pomysłowość jego funkcjonariuszy w pozyskiwaniu ciągle nowych pieniędzy. To w końcu nie jest nic zaskakującego: Kościół nie stałby się najbogatszą instytucją świata, gdyby nie kultywowana przez pokolenia zapobiegliwość kleru. Znane jest określenie „co łaska, jednak nie mniej niż…” przy ustalaniu odpłatności za sakramenty chrztu, małżeństwa itd. Wymienię kilka znanych mi z bezpośredniej obserwacji form dobrowolnego opodatkowania wiernych. Zacznijmy więc od święceń. Wszystko, co wybudowane i otwierane, pola, pokarmy, opłatki, sianko i kreda na Trzech Króli…
Wszędzie znajdzie się miejsce na mały lub większy koszyczek, na skromną lub całkiem pokaźną tacę, na puszkę lub skarbonkę. Prace porządkowe w świątyniach, ich dekoracja, zakup kwiatów na różne okazje. Do tego zbiórki cykliczne: na seminarium, na misje, na budowę kościołów itd. A sławetna kolęda, która poza zbieraniem informacji wywiadowczych ma na celu również zasilenie kasy. Teraz także na podany numer do płacenia blikiem. Kościół zawsze szedł za postępem w dziedzinie płatności, więc kiedyś w przeszłości też szybko zamienił dziesięcinę w zbożu na stawkę w pieniądzu.
Oto byłem na pogrzebie. Przywykłem do tego, że pieniądze z tacy zebrane w czasie mszy pogrzebowej szły na „opłacenie” mszy za zmarłego, odprawianej jakiś czas po pogrzebie. Teraz dowiedziałem się, że taką mszę można zamówić, zgłaszając się w tym celu do kancelarii. Ma się rozumieć, że nikt nie pójdzie tam z gołą ręką. Celebrans ogłosił, że to, co zebrano, będzie wykorzystane na renowację cmentarza. Nie mamy pańskiego płaszcza… Nikt nie wie, ani ile zebrano, ani co się za to zrobi. Ot, cała filozofia finansów Kościoła. Z okazji Świętego Krzysztofa, patrona podróżnych i kierowców, celebruje się uroczyste święcenie pojazdów.
Proboszcz jednej z parafii w diecezji warszawskiej (choć nie wiem, czy tylko on) wyznaczył stawkę, poprosił mianowicie o „jeden grosz za szczęś liwie przejechany kilometr”. Ponieważ nie dodał, za jaki okres ten datek ma być złożony, podejrzewam, że niektóre z poświęcanych pojazdów były mniej warte, aniżeli należałoby za nie rzucić na tacę. Datki mają być przeznaczone na misje. Przyszła mi do głowy myśl, że Kościół nigdy nie zbierał na przykład na ośrodki wypoczynkowe dla księży i zakonników, a ma takie, w dodatku całkiem luksusowe, w każdym większym ośrodku wypoczynkowym.
Oficjalnie zbiera się datki na renowację świątyń, a przecież duże pieniądze idą na ten cel z rozmaitych źródeł państwowych i unijnych, o czym świadczą stosowne tabliczki, które przynajmniej są – chyba jedynym zresztą – oficjalnym rozliczeniem otrzymanych pieniędzy. Od dawna finansujemy naukę religii w szkołach, choć gdy była wprowadzana, miała być bez kosztów po stronie budżetu.
A sławetny Fundusz Kościelny? Kościół nie chce się zgodzić – gdyby było inaczej, dawno by wymusił załatwienie sprawy – na żadną propozycję, bo to oznaczałoby gwałtowny spadek strumienia pieniądza płynącego w jego stronę. W mętnej wodzie… rośnie finansowa potęga nie tylko Kościoła, ale także samych hierarchów i ich rodzin. Też coś o tym wiemy. NARCYZ WASZKIEWICZ
Gdy słowa ranią mocniej niż czyny
Hejt po męsku
Opublikowałem w mediach społecznościowych film, w którym wyraziłem swoje oburzenie z żartów dotyczących przemocy domowej. Wylało się na mnie wiadro pomyj. Wylewającymi byli dorośli. Mężczyźni. Trzy dni po kontrowersyjnych „występach” Krzysztofa Stanowskiego oraz Roberta Mazurka w trakcie Panelu Zero nie wytrzymałem, gdy zamiast merytorycznej dyskusji – jak to zwykle bywa w tego typu spotkaniach – ujrzałem skecz, kabaretowy spektakl.
Drwiące przedstawienie tematu przemocy domowej przy akompaniamencie zbiorowego rechotu widowni (męskiej) nie było sceną z filmu – to działo się naprawdę. W kraju szanującym prawa człowieka, gdzie przeważająca większość deklaruje się jako katolicy, można otwarcie naśmiewać się z bitych kobiet i dzieci. Postanowiłem wyrazić swoje stanowisko, bo głos mężczyzny był tu potrzebny, aby kobiety usłyszały, że to nie bawi wszystkich mężczyzn.
Okazało się, że usłyszały, niestety, jeszcze więcej. Powiedziałem, co sądzę o takiej formie. Nie krytykowałem niczyich poglądów politycznych, nie używałem agresywnych sformułowań. Potępiłem tak po ludzku to, co powinno być potępione. Potępiłem przekroczenie norm społecznych. To przekroczenie miało dla mnie jeszcze jeden wymiar – osobisty. Cztery lata temu opuściłem mury zakładu karnego. Spędziłem tam prawie trzy lata. Przestępstwo finansowe.
Wstydzę się i traktuję to jako element kary. Miałem wyjść z więzienia jako osoba zresocjalizowana, czyli przywrócona społeczeństwu, w którym przestrzega się przepisów prawa oraz norm społecznych. Jakich norm? To, co zostało zaprezentowane zarówno przez aktorów Stanowskiego i Mazurka, ich rozbawionych widzów oraz zaciekłych obrońców w sieci, to nie jest normalne. Po załadowaniu filmu pojawiły się komentarze. Przypisano mi narodowość niemiecką. Określono moje sympatie polityczne (nie popieram żadnej partii). Podważano moje zdrowie psychiczne („jesteś niedorozwojem”, „jesteś chory psychicznie”, „jesteś je***ęty”). Wyszydzano wygląd, kazano spier****ć. Z internetu? Z kraju? Ze świata?
Zaproponowano mi zakończenie życia. Część kont była anonimowa, ale wiele ukazywało życie autorów wpisów. Dorośli mężczyźni. Mężowie, dziadkowie. Z dziećmi, z wnukami, z żonami. Zdjęcia rodzinne, z ceremonii religijnych, z miejsc kultu. Dużo patriotycznych haseł. Obrońcy kraju, obrońcy wiary. Porządni obywatele i katolicy. Do tych postaci za nic nie pasowały słowa w komentarzach. A przecież to były ich słowa. Co chcieli osiągnąć? Sami są sprawcami, o których mowa? Zburzyłem ich światopogląd? Gdzie w tym wszystkim słowa Jezusa o miłowaniu bliźniego swego? Gdzie miłość do nieprzyjaciół? Czy Jezus dałby lajka takim komentarzom? Nie szczędzi się krytyki hejtu wśród młodzieży i dzieci. Wydaje się pieniądze na kampanie przeciw hejtowi (…).
Misja jest jasna – jako społeczeństwo mamy chronić i edukować młodych. Co jednak, jeśli właśnie ci dorośli, którzy mają być wzorem do naśladowania, to ludzie traktujący innych właśnie w ten sposób? Czy edukować mamy tylko dzieci, czy może potrzebna jest reedukacja i resocjalizacja całego społeczeństwa (…)?
Czy to normalne, że z krytyką wystąpił były osadzony? Człowiek z marginesu, ten gorszy, niebędący bez skazy? Były i głosy kobiet. Nieliczne. Były panie, które napisały: „Dziękuję Ci za te słowa”. Dlaczego jednak stanowiły mniejszość? Pojawiły się także pozytywne komentarze mężczyzn. Nie znam ich. Tak jak nie znam autorów tego ścieku, który wylał się na mnie (…).
Hejt nie wyrządził mi krzywdy. Radzę sobie z takimi zachowaniami. Ale to ja. A inni? Słowa ranią, często mocniej niż czyny. To jest banał, ale musi być powtarzany w nieskończoność. Nie wszyscy udźwigną ciężar takiej nienawiści. Nie rozumiem tej męskiej wersji hejtu. Czy to frustracja spowodowana zmieniającymi się realiami życia? Brakiem kontaktu z młodszymi pokoleniami? Odrzuceniem? Życiem, które minęło zbyt szybko? Nie mam kompetencji, aby oceniać i analizować. Ale wiem, że to nie usprawiedliwia agresji wobec drugiego człowieka. Nieważne, czy to agresja słowna w sieci, czy agresja w domu.
Nie zgadzam się i podobni do mnie muszą się nie zgadzać głośno i często. Żeby tamci nie pomyśleli, że jest ich większość. I zamiast zbiorowych „heheszków” zafundują innym – słabszym – zbiorowe lanie. A historia uczy, że byli już tacy i kończyło się to źle dla społeczeństwa. TEO CHANA