„Szybko, tanio i demokratycznie”
Świetny pomysł!
Pan Ryszard Pęk w swoim liście zatytułowanym „Szybko, tanio i demokratycznie” (ANGORA nr 30) informuje nas o tym, że zgłosił do mObywatela pomysł stworzenia ogólnokrajowego systemu głosowań, referendów i sondaży oparty na specjalnej aplikacji na smartfony. Uważam, że to super pomysł i będę z całych sił kibicował, by został zrealizowany. A są na to – w moim przekonaniu – duże szanse, o ile tylko gdzieś po drodze nie pojawi się słynne weto, z którego słynie, a nawet jest dumny, Karol Nawrocki.
Przy tej okazji chcę powiedzieć o innej sprawie, która od lat budzi moje zainteresowanie, a która prawdopodobnie znajdzie rozwiązanie. Chodzi mianowicie o listy poparcia dla kandydatów na posłów, senatorów, prezydentów itd. Istniejący system, w którym podpisy zbiera się na papierze i przekazuje do badania PKW, jest nie tylko nieszczelny, ale wręcz zachęcający do przestępstw. Nie jest tajemnicą, że podpisy są zbierane nieuczciwie. Wystarczy mieć dostęp do bazy danych PESEL (chociażby z poprzednich list), by „lewą ręką” złożyć stosowny podpis. PKW może co najwyżej wyeliminować nieżyjących.
Tymczasem obywatel nie wie, że jego nazwisko figuruje w jednym z tych pudeł, z którymi komitet wyborczy tak chętnie fotografuje się w drodze do PKW. Już kilka lat temu postulowałem na łamach ANGORY, by stworzyć możliwość weryfikacji przez każdego z nas udzielanego poparcia.
I oto pojawiła się dobra wiadomość. W jednym z programów TVP sekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji Dariusz Standerski zapowiedział, że już od najbliższych wyborów poparcia kandydatom będzie się udzielało drogą elektroniczną. To poparcie będzie automatycznie lądowało nie tylko na koncie kandydata, ale także w PKW, co wyeliminuje żmudną niewątpliwie weryfikację i trud wkładany w dźwiganie pudeł z listami poparcia. A że przy okazji zniknie okazja do zaprezentowania się komitetu, to tylko cena, jaką płaci się za uczciwość. Nie jestem naiwny na tyle, by wierzyć, że wyeliminuje to oszustwa wyborcze, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie próbował przechytrzyć system.
Wiem, że mogę udzielić poparcia wielu kandydatom. I to – mam nadzieję – pozostanie, ale będę miał pełną świadomość tego, którzy kandydaci na ten mój gest zasłużyli, a nie skądś sobie go „wzięli”. To największy pozytyw tego rozwiązania. Skutków ubocznych, choć również istotnych, będzie więcej. Przede wszystkim ubędzie kandydatów. Jestem bowiem przekonany, że duża część ubiegających się o wybór posługiwała się nieważnymi podpisami. Świadczą o tym przypadki kwestionowania przez PKW części podpisów, ale także prokuratorskie dochodzenia wszczynane wobec niektórych kandydatów, czasem nawet tych wybranych.
Prokuratorom też ubędzie zatem pracy. Do tego – niebagatelna oszczędność papieru. Wierzę, że Ministerstwo Cyfryzacji wie, co robi i nie spotka się z wetem. Bo że ono będzie, jeśli taką drogą pójdą zmiany – nie mam najmniejszych wątpliwości. Mogę nawet napisać tekst uzasadniający to weto, gotowy do wygłoszenia z promptera, bo są tak schematyczne jak instrukcja obsługi siekiery. ANDRZEJ ZAWADZKI
PiS słabnie, Tusk ma problem, a „konfy” się cieszą!
Czy będzie braunizacja?
Na ponad rok przed wyborami wiele znaków na niebie i na ziemi wskazuje, że „Grozi nam braunizacja” – jak napisano w jednym z tygodników – przypominając, że braun to po niemiecku – brązowy, brunatny. A wszystko to po nieudanej próbie „nawrócenia” M. Morawieckiego przez prezesa PiS na ścieżkę jego myślenia, po szantażu, aby do północy 23.07 on i jego 37 (plus 3 innych) posłów, 1 senator i 3 europosłów podpisali oświadczenia, lojalki wierności partii PiS. Kaczyński, chcąc wygrać przyszłoroczne wybory, gotów jest sprzymierzyć się z kamratem G. Brauna, Markiem Wochem (witał go na Nowogrodzkiej), „bezpartyjnym samorządowcem”, antysystemowcem i antyelitarystą pokroju Karola Nawrockiego.
Takich jak on Kaczyński będzie potrzebował więcej, by wrócić do władzy. Nie obchodzi mnie, czy „Pinokio” założy partię i kogo będzie chciał przyciągnąć jeszcze z posłów PSL, rozbitków Hołowni, a nawet Zandberga. Ale interesują mnie jego „dokonania”, a tych by nie miał, gdyby nie jego ojciec Kornel, lider Solidarności Walczącej, torujący synowi drogę do finansów i polityki – co jest dzisiaj the best (…). Kornel, będąc w Londynie, udzielił wywiadu pismu „Libertas”, w którym powiedział, że „Polakom bliżej do Wschodu niż do Zachodu” (…).
W Google nic nie ginie. W roku, w którym zmarł ojciec Mateusza (2019), premier, tak sobie, pro forma, wziął na ministra finansów Teresę Czerwińską, bo to on decydował o finansach kraju. Chciał od niej 50 mld zł na kolejne rozdawnictwo. Minister postawiła się, kwitów nie podpisała, podając się do dymisji. Marian Banaś był po niej krótko, ale jak zaczął być zbyt skrupulatny, to i jego wywalił. A kogo dał? Tadeusza Kościńskiego – Polaka urodzonego w Londynie, który przez całe lata 80. pracował w Londyńskiej filii Banku Handlowego, działającego wtedy pod ścisłym nadzorem służb PRL i obsługującego pranie pieniędzy z afery FOZZ. W latach 90. Kościński wrócił do kraju, został dyrektorem w BZ WBK, którego prezesem później, jak już wiemy, był Morawiecki. Taki to ci nasz potencjalny następca prezesa wszystkich prezesów.
Przeczytałem też w sieci: „Kiedyś chciano PO-PiS-u, a chyba będzie PÓŁPiS-u”. Wielkie czekanie mediów na Nowogrodzkiej na to, jaki będzie rezultat ostatniego spotkania „Pinokia” z Kaczyńskim, było głupie i niepotrzebne. Pisowscy piarowcy cel osiągnęli, przykuli uwagę mediów, a rzecznik PiS Bochenek zabełkotał coś o „konstruktywnym przebiegu” spotkania. Po co było moknąć? Dywagacje – przełom czy rozłam – i tak będą wałkowane nawet po grillowaniu 31 lipca. Dopiero jeśli przy grillu na serio będzie mowa o konferencji programowej tego tworu „Pinokia”, to wtedy można mówić o rozpadzie PiS, ale czy będzie to półPiS? Wątpię. Na razie jest 1/4. Jedno jest już pewne. Na pozycję lidera prawicy wysuną się trzy „konfy”: Menzen, Bosak i Braun. Tu będzie punkt ciężkości prawicy. Media ruskiego miru będą miały używanie.
W ciągu roku efekt świeżości, na jaki liczy „Pinokio”, wyparuje jak kamfora, a „konfy” się umocnią nie tylko sondażowo. Winę za braunizację całej prawicy ponosi Kaczyński, który wraz z PiS pierwszy padnie jej ofiarą – chyba że weźmie na pokład Brauna, który nie ma struktur w terenie, oraz piarowców, na co (niestety) się zanosi. W deklaracje „Pinokia” trudno uwierzyć. Ale jeśli prawdą jest, że z Kaczyńskim pożarli się o braunizację (czyli kumanie się z Braunem), to się chłopina poświęcił, nie ma co. Dlaczego? Bo i D. Tusk nie ma się z czego cieszyć, jeśli po wyborach, chcąc mieć większość konstytucyjną, nie będzie musiał uśmiechnąć się do Morawieckiego. Pod warunkiem, oczywiście, że to jemu, Tuskowi, Nawrocki powierzy misję tworzenia rządu.
A co będzie, jak da tę misję Morawieckiemu bez względu na wynik wyborów? Tylko my, wyborcy, możemy temu zapobiec, a d*Ont pomoże, jeśli będzie blok wyborczy KO+Nowa Lewica (bez Razem), bo na obrotowy PSL nie ma już co liczyć. A obiecane rozliczenia PiS z ludźmi „Pinokia” włącznie? Tylko metodą na „Ala Capone”. Za drobiazgi. Lex Super Omnia działa – a jak? Tego się nigdy nie dowiemy. JAN KRÓL
Nacjonalizm, rasizm, fundamentalizm, czyli…
Trzy zarazy
Ryszard Kapuściński pisał: „Światu grożą trzy plagi, trzy zarazy: nacjonalizm, rasizm, fundamentalizm religijny”. Gdyby w dawnej Polsce zwyciężyły poglądy odrzucające wielokulturowość i różnorodność, nie powstałaby Rzeczpospolita Obojga Narodów, w której dla dobra wspólnego pracowali Polacy, Litwini, Żmudzini, Żydzi i przedstawiciele wielu innych nacji. Władysław Jagiełło i kilku innych królów nie byli etnicznymi Polakami, a odegrali ogromną rolę w budowie potęgi polskiego państwa.
Z historii wiemy, że Polacy potrafili być wzorem tolerancji, czego przykładem był stosunek do arian, którzy swoimi humanistycznymi poglądami wyprzedzali epokę. Niestety, w wyniku fali postpotopowego ksenofobicznego lęku zostali z Polski wypędzeni, co było ogromną stratą dla naszej kultury i nauki. Gdyby dzisiejsze skrajne, wykluczające narracje rządziły w przeszłości, musieliby milczeć lub emigrować Mickiewicz, Tuwim, Brzechwa, którzy piórem budowali polskość, i wielu innych budujących lub walczących o wolność Polski.
Historia wielokrotnie pokazała, że nacjonalizm, rasizm i fundamentalizm religijny prowadzą do konfliktów, podziałów i osłabienia państw. Mądre ograniczanie tych skrajności pozwoliło m.in. Stanom Zjednoczonym zbudować wielonarodowe społeczeństwo i osiągnąć pozycję światowego mocarstwa. O wielkości państwa nie decydują narodowość, kolor skóry ani wyznanie, lecz zdolności, uczciwa praca i gotowość działania dla dobra wspólnego.
Nacjonalizm, rasizm i fundamentalizm religijny to najłatwiejsza strategia zdobywania statusu społecznego – nie wymaga bowiem budowania własnej wartości. Zamiast konkurować wiedzą, pracą i osiągnięciami, wystarczy uznać własną grupę za lepszą od innych. To prosta droga do autorytaryzmu: przekonania o wyższości własnej nacji, uznania własnych poglądów za jedynie słuszne oraz przyznania sobie prawa do dyskryminacji innych. Pozdrawiam RYSZARD PĘK
Czy bazy wojskowe obronią nas przed wrogiem?
Amerykanie w Warszawie
Nie ma gorętszego tematu w polityce jak bazy amerykańskie w Polsce. Prezydent Nawrocki od początku zasiadania w pałacu chwali się przyjacielskimi stosunkami z prezydentem Trumpem, że ten przystaje na każde jego życzenie: „Chcecie więcej naszych wojsk? Nie ma problemu. Chcecie stałej bazy wojskowej? Nie ma sprawy. Chcecie więcej patriotów? No problem”. I tak Karol Nawrocki opowiada Polakom baśnie z tysiąca i jednej nocy: „Ameryka jest jedynym i największym naszym sojusznikiem, da nam wszystko, czego potrzebujemy. I nas obroni. Tylko Ameryka, nie jakaś tam Unia…”.
Dzisiaj opowieść, kto i kiedy zbuduje bazy wojskowe USA w Polsce, czeka tylko na finał i… na otwarcie narodowej skarbonki. Nawrocki otworzył drzwi, a Kosiniak- Kamysz ma zbudować miasteczko dla 50 tysięcy obywateli amerykańskich, zaś budżet państwa (my, Polacy) ma zapłacić tyle, ile Amerykanie zażądają. Ile? Ile zechcą! Nikt nie będzie dyskutował. Specjaliści mówią, że przepłaciliśmy za wszelkiego rodzaju uzbrojenia, na dodatek nasze F-35 na przykład są gorszej jakości niż te sprzedawane innym. Kiedy w TVN24 specjalista wojskowy ujawnił (obwieścił?) te informacje, redaktorom w studiu szczęki opadły.
Jak to – nikt nie powiedział, ale każdy pomyślał – dotychczas byliśmy pewni, że amerykański sprzęt jest nie tylko najlepszy, ale i sprzedawany Polsce po najkorzystniejszej cenie?! Prawda jest inna, ale nasze władze, łakome pochwał zza oceanu, skuliły uszy i dziękują od serca za każdy towar. Byle był amerykański. Bazy też są (będą) amerykańskie, jak pozostałe 861 na całym świecie. Pytanie jednak brzmi: czy te bazy wojskowe obronią nas przed wrogiem? A przed którym wrogiem? Tym z Moskwy, z którym Trump spija szampany i któremu rozściela czerwone dywany na Alasce? A czy Ukrainę Trump obronił i zakończył wojnę w ciągu 24 godzin? Wolne żarty! To, jak amerykańskie bazy bronią sojuszników przed Iranem, widzimy podczas wojny na Bliskim Wschodzie.
W Katarze, Kuwejcie, Bahrajnie i w Arabii Saudyjskiej płoną strategiczne obiekty, giną ludzie, cieśnina Ormuz zamknięta, a Trump straszy i straszy zniszczeniem Iranu. Miała być ochrona państw sprzymierzonych na Bliskim Wschodzie, jest pożoga. Płacą miejscowi, np. Dubaj płacze, bankrutuje i pustoszeje. A co z tej wojny mamy my, Polacy? Skutki widzimy codziennie podczas tankowania pojazdów. Było 6,7 zł będzie 8 (i więcej?) za litr benzyny. A wtedy Nawrocki z Kaczyńskim i Czarnkiem natychmiast użyją wypróbowanej broni: Wina Tuska! Rząd na śmietnik! Wcale nie na marginesie powiedzmy, że opozycja z Kancelarią Prezydenta na czele cieszy się z drożejącej jak diabli benzyny, bo może powiedzieć, że Tusk znowu drenuje kieszenie Polaków.
Z wojny na Bliskim Wschodzie płyną nauki także na przyszłość. Utrzymanie baz wojskowych USA w Polsce to horrendalne koszty rzędu następnych miliardów euro czy dolarów, na które Polski (po uszy zadłużonej) oczywiście nie stać. Ale Stany nam pożyczą, powiedzmy, na małe 6 procent. Gorsza wiadomość jest taka, że 10 czy 50 tysięcy amerykańskich żołnierzy Polski nie obroni. Wojna w Ukrainie dowodzi, że liczba żołnierzy na froncie nie decyduje o jej losach. Ale zapatrzeni w złotowłosego mitomana polscy przywódcy nie widzą realiów, żyją nadziejami, a raczej mrzonkami, że Ameryka nas obroni! Otóż Ameryka nas nie obroni, bo nie ma w tym żadnego interesu. Bazy będą ich, nie nasze, tylko położone na naszej, polskiej ziemi. HENRYK KIN z Białegostoku
„Dokąd wiosłują Polacy?”
Gada pan od rzeczy, panie premierze…
„Jak się wybiera do rządzenia łajdaków, to ma się później łajdackie rządy”. Cóż za piękny cytat, cóż za piękna myśl polskiego premiera! To prawdziwy, zdawałoby się, mąż stanu. Donald Tusk. Co trzeba mieć w głowie, by głosić coś, co porywa lud, a później wyborcy pokazać tylną część ciała? To na wiecach wyborczych w 2023 roku z ust obecnego premiera padały hasła, które chwytały za gardło. To on, wybawiciel narodu, powracający z europejskiej wędrówki, wyrywa Polaków ze szponów PiS-owców i obiecuje złote góry: paliwo po 5,19, jak tylko będzie premierem. To nic trudnego, wystarczy jedna prosta decyzja, szach- -mach i będzie po pięć.
Dziś paliwo zbliża się do granicy 8 złotych, mimo że jest tańszy dolar i tańsza baryłka. Ale winien jest PiS i Donald, ale ten amerykański. Szłapka, rzecznik rządu, który grzmiał z mównicy sejmowej w 2023 roku w stronę PiS-owców: „Jak wam nie wstyd tak drogim paliwem łupić kieszenie Polaków!”, dzisiaj zapomniał języka. W sukurs ruszył premier, który stwierdził, że i tak mamy tańsze paliwo niż w Niemczech, tylko zapomniał, że średni Niemiec zarabia dwa razy więcej niż średni Polak. Geniusz Tusk wziął się do naprawy schorowanej służby zdrowia i na początek daje lekarzom 75 000 złotych na dwóch etatach. „Chyba biedy nie ma?” – dopowiada.
Panie premierze, pytam, czy pan wie, ile godzin pracy stanowi etat? Jeśli nie, to podpowiem panu, że etat to 8 godzin pracy w ciągu doby. Dwa etaty to 16 godzin. Ile tak można pracować? Dzień, dwa, może tydzień. A gdzie higiena, co na to medycyna pracy? Gada pan od rzeczy, panie premierze (…)… A co z resztą społeczeństwa, inne grupy zawodowe mają żołądki i potrzeby bytowania podobne do lekarskich.
Na łamach ANGORY nr 30 red. Tomasz Lis zastanawia się w swoim felietonie, dokąd wiosłują Polacy? Mają przecież własne państwo, niepodległe i wolne. Nie o państwo chodzi. Polacy są tak skłóceni, że jeden drugiego mógłby w łyżce wody utopić. I przykro stwierdzić, ale do tego stanu rzeczy doprowadziła elita polityczna WSZYSTKICH bez wyjątku partii politycznych. Wzajemne opluwanie się, wzajemne szczucie jeden na drugiego, napuszczanie, obwinianie, wsadzanie do więzień to jedyne zajęcia miłościwie nam panujących, ale i poprzednich ekip, i zanosi się, że i przyszłych. Dlatego wołam: Wybierzmy ludzi mądrych! Żadnych partyjnych miernot grzejących obecnie ławy sejmowe! Niech sobie grzeją ławę parkową albo sądową. Trupom sejmowym należy powiedzieć dość. Zacznijmy wiosłować ku normalności, bo przecież „Polacy to wielka rodzina: stary czy młody, chłopak czy dziewczyna”. I to byłoby na tyle. GRZEGORZ KONIECZNY, Radzewice
Gdy pacjent przestaje być człowiekiem, a staje się „towarem”
Haniebny interes
Nie ma chyba bardziej odrażającego momentu, by napychać sobie kieszenie, niż chwila śmierci człowieka. A jednak od czasu do czasu opinia publiczna dowiaduje się, że dla niektórych pracowników ochrony zdrowia właśnie wtedy otwiera się okazja do dodatkowego zarobku. Mechanizm jest prosty. Umiera pacjent. Zanim rodzina zdąży otrząsnąć się z szoku, już dzwoni telefon w zakładzie pogrzebowym. Ktoś przekazał informację. Nie za darmo.
Za każdą „poleconą” osobę płyną prowizje. Człowiek przestaje być pacjentem, a staje się „towarem”. W znanym mi przypadku właściciel firmy pogrzebowej – będący moim znajomym – „odebrał” ciało zabrane ze szpitalnej kostnicy przez inny zakład bez naszej zgody. Nie wiem jak, nie powiedział, jak to zrobił, wiem tylko, że całość spraw związanych z tym pogrzebem przeprowadziła – tak jak chciałam – jego firma. Pewnie zwrócił tamtemu przedsiębiorcy „zainwestowane” pieniądze. Z mediów wiemy, że przez ostatnie dwadzieścia lat polskie prokuratury wielokrotnie prowadziły śledztwa dotyczące płacenia za informacje o zgonach.
W różnych miastach zatrzymywano sanitariuszy, pracowników prosektoriów, ratowników, a nawet osoby zatrudnione w szpitalach. Znajoma opowiedziała mi o innym procederze, równie odrażającym, a dotyczącym kierowania pacjentów do konkretnych prywatnych hospicjów. Wiem, zdecydowana większość hospicjów wykonuje heroiczną pracę i zasługuje na najwyższy szacunek. Ich personel codziennie mierzy się z cierpieniem, którego większość z nas nie potrafiłaby udźwignąć. Ale właśnie dlatego wszelkie przypadki nieformalnego „nagradzania” za skierowanie pacjenta powinny budzić bezwzględny sprzeciw. Hospicjum finansowane jest z pieniędzy publicznych.
Każde skierowanie oznacza określone środki z NFZ. Znajoma opowiedziała, jaki „bój” musiała stoczyć ze szpitalem, by mogła swoją mamę umieścić we wcześniej sprawdzonej i wybranej placówce. W tym przypadku okazało się, że pacjentka miała trafiać nie tam, gdzie będzie miała najlepszą opiekę, ale tam, skąd zapłacono prowizję. Społeczeństwo obdarza pracowników ochrony zdrowia ogromnym zaufaniem. Powierzamy im swoje życie, zdrowie i najbardziej intymne informacje.
Kiedy umiera ktoś bliski, jesteśmy bezradni. Wierzymy, że osoba w białym fartuchu będzie kierowała się wyłącznie dobrem chorego i jego rodziny. Jeżeli w takim momencie pojawia się pokusa zarobienia kilkuset złotych za numer telefonu do rodziny albo za „polecenie” konkretnej placówki, to nie jest zwykła korupcja. To haniebny proceder, jeden z najgorszych, jakie można sobie wyobrazić. Być może to margines. Ale margines, który zatruwa opinię o tysiącach uczciwych lekarzy, pielęgniarek, ratowników i salowych. To oni słyszą pytania, czy przypadkiem ktoś nie zarabia na śmierci ich bliskich. Dlatego środowisko powinno ujawniać takie przypadki, a reakcja państwa powinna być bezwzględna. Nie tylko kary więzienia dla łapówkarzy, ale i tych, którzy łapówki wręczają.
W zawodach zaufania publicznego nie ma miejsca na taryfę ulgową. O ile można wybaczyć błąd medyczny popełniony mimo najlepszych intencji, można zrozumieć ludzką pomyłkę, to jednak nie sposób zaakceptować sytuacji, w której śmierć staje się elementem czyjegoś biznesplanu. Są granice, których cywilizowane społeczeństwo przekraczać nie może. Handel ludzkim nieszczęściem jest jedną z nich. ELA