R E K L A M A
R E K L A M A

Listy do redakcji Angory (08.11.2026)

Listy nadesłane przez czytelników tygodnika Angora. Za wszystkie wiadomości dziękujemy i zachęcamy do dalszego kontaktu.

Fot. Domena publiczna

„Urban zostaje, beznadzieja też” 

Kilka rad i trochę wspomnień… 

W ANGORZE nr 42 przeczytałem ciekawy, choć smutny artykuł pt. „Urban zostaje, beznadzieja też”. Chodzi oczywiście o chronicznie już fatalny stan naszej kadry narodowej w sporcie uznawanym na całym świecie (chyba tylko poza USA i San Escobar) za number one. Zgadzam się ze wszystkimi argumentami przedstawionymi przez autora, pana redaktora Macieja Woldana, zwłaszcza z tym: „Sęk w rozstaniu z Lewandowskim jest w tym, że potencjalnych następców w linii ataku nie widać”. W moim przekonaniu pan Maciej podszedł jednak do przedstawionego problemu zbyt konwencjonalnie. Ja bowiem widzę osobę, która swoją grą bardzo wzmocniłaby atak kadry prowadzonej przez trenera Jana Urbana, nawet gdyby nasza drużyna miała grać tylko w systemie 1+9+0+1. Ta osoba, po którą pan selekcjoner Jan Urban powinien sięgnąć subito, to gwiazda piłkarska naszej drużyny żeńskiej, zdobywająca dla niej gole, pani Ewa Pajor. Oczywiście wymagać to będzie wielu zabiegów natury konspiracyjnej – pani Ewa Pajor zmieni uczesanie, piękne uda przykryje jakimś tymczasowym, wymalowanym wzorem à la tatuaż, wystąpi też pod innym nazwiskiem. Nasza historia zna już podobne przypadki męskiej aktywności kobiet, że wspomnę tylko waleczną pułkownik Emilię Plater. Cel uświęca środki! 

Cóż, okres piłkarskiej prosperity Roberta Lewandowskiego powoli przemija. Ten oczywiście jeszcze dość młody człowiek (rocznik 1988) powinien powoli rozglądać się za inną niż kopanie piłki swą przyszłą działalnością zawodową. Zapewne zresztą to czyni. Etat w straży pożarnej miasta Chicago już mu chyba obiecano. A nasza kadra wiele na jego absencji teraz nie straci. Zresztą, także patrząc wstecz, nie przypominam sobie, aby w polskiej drużynie narodowej Robert Lewandowski zagrał kiedyś naprawdę fenomenalnie, tak na 100 proc. swoich piłkarskich zdolności i umiejętności, jak to nieraz czynił w ligach niemieckiej i hiszpańskiej. W kadrze PZPN grał dobrze, na czwórkę, czasem nawet z plusem, ale nigdy na piątkę. Jakie były tego powody? Brak zgrania z zespołem? Może. Ale może również chęć oszczędzania drogocennego warsztatu pracy, czyli obawa przed kontuzją mogącą go przedwcześnie wyeliminować z gry na poziomie super mistrzowskim. 

Tu mi, jako starszemu już panu (rocznik 1951), przypomniał się casus świetnego w latach 60. i na początku lat 70. ub. wieku napastnika Górnika Zabrze i naszej kadry narodowej, Włodzimierza Lubańskiego, któremu brutalny faul angielskiego obrońcy (Roy McFarland) uniemożliwił później występy na światowym poziomie. Może informacja o tym, bo przecież nie pamięć (za młody), podświadomie nakazywała Robertowi Lewandowskiemu unikać kontuzji w meczach niebędących dla niego komercyjnymi. 

A na zakończenie, skoro wspomniałem o Lubańskim, to jeszcze opowiem dowcip z epoki PRL. 

Jest rok 1967 (czasy późnego Gomułki). Kraj świętuje 50. rocznicę rewolucji październikowej. Dyspozycyjni dziennikarze starają się jak mogą. Jeden z nich czatuje przed górnośląską kopalnią w chwili, gdy zmęczeni górnicy wychodzą po szychcie. Dopada jednego i przeprowadza z nim uliczny wywiad. 

– Dzień dobry. Za parę dni będziemy obchodzić ważną rocznicę. Oczywiście wie pan jaką? 

– Hm, zaraz, zaraz, jestem teraz bardzo zmęczony. Nie rozumiem. 

– Podpowiem panu. Rocznicę ważnego wydarzenia, możliwego dzięki najsławniejszemu człowiekowi w dziejach świata. Wie pan, kto to? 

– Jeszcze nie kojarzę. Nafedrowałem się dziś solidnie i dosłownie padam z nóg. 

– No to znów panu podpowiem. Ów sławny w dziejach człowiek to Włodzimierz… Ale jego nazwisko to już pan na pewno sobie przypomni. Rozpoczyna się ono na literę „L”. 

– Oczywiście! Tak! Tak! Że też od razu nie skapowałem! To przecież nasz WŁODZIMIERZ LUBAŃSKI!!! 

Dziennikarz z trudem zachował powagę. Klepnął górnika po ramieniu i uścisnął mu rękę, życząc odpoczynku i smacznego obiadu. Po chwili jednak zmarkotniał. Przecież szef kazał mu zebrać i opisać wrażenia, opinie prostych, przeciętnych mieszkańców, nt. celebrowanej rocznicy! A on jeszcze nic nie ma! Zmartwiony poszedł dalej i zauważył na słupie ogłoszeniowym duży plakat z olbrzymim Leninem dostojnie spoglądającym w dal. Nad wielką sylwetką wodza rewolucji widniał duży napis: LENIN W PAŹDZIERNIKU. Reporter zauważył też kręcących się tam dwóch młodziaków, tak na oko 16-latków. Jeden wyraźnie czuwał na czatach, a drugi coś na plakacie dopisywał flamastrem. Gdy skończył, szybko się obaj zwinęli. Zaciekawiony dziennikarz podszedł bliżej i przeczytał: A KOTY W MARCU. Parsknął śmiechem, po czym wyciągnął służbowy notes i rozpoczął projekt swego artykułu: Młodzież powracająca ze szkół z zachwytem przystaje przed plakatem znanego artysty, podziwiając jego dzieło wyobrażające monumentalną postać wodza Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej… KAZIMIERZ RYGIEL

„Trzeba odwagi, by mówić prawdę” 

W obronie „niepracujących” matek 

W ANGORZE nr 42, w artykule „Trzeba odwagi, by mówić prawdę”, tak oto czytam o tegorocznej laureatce Pokojowej Nagrody Nobla Navanethem „Navi” Pillay: „Ojciec Navi był kierowcą autobusu, matka nie pracowała. Wychowywali ośmioro dzieci. Choć pieniędzy w domu brakowało (…)”. 

Wyobraźmy sobie ubogą rodzinę z ósemką dzieci. Czy w takiej sytuacji da się NIE PRACOWAĆ? Czy należy rozumieć, że ojciec noblistki chodził do pracy, żeby utrzymać rodzinę, po powrocie ogarniał dom i dzieci, a matka w tym czasie polerowała paznokcie? 

Ja wiem, a właściwie mam nadzieję, że określenie „nie pracowała”, to tylko skrót myślowy. Jednak, choć pokutuje on w naszym języku, jest bardzo szkodliwy, bo utrwala przekonanie, że jeśli nie dostawała pieniędzy za swoją pracę, to „nie pracowała”. Niech ktoś spróbuje „nie pracować”, prowadząc dom z ósemką dzieci. A nawet z jednym. 

Język, którego używamy, odzwierciedla to, jak (świadomie lub z nawyku) myślimy. Uważam, że w artykule należało użyć sformułowania „zajmowała się prowadzeniem domu”, bo nawet w nieco łagodniejszym „nie pracowała zawodowo” na pierwszy plan wysuwa się „nie pracowała”. 

Życzę powodzenia tym, którzy spróbowaliby „nie pracować”, będąc w takiej sytuacji. 

Nadajmy wreszcie w naszych głowach wartość pracy domowej, która, gdyby włączyć jej wartość do PKB, podniosłaby ją o 40 proc., jak twierdzą GUS i ekonomiści. Z poważaniem CZYTELNICZKA z Warszawy

„Obrót złotem to fantastyka” 

Polski król Midas 

Polska ma swojego króla Midasa. Prezesa NBP prof. Glapińskiego. Pieniądze zamienia w złoto. Bardziej w wirtualne niż prawdziwe. Ciekawy jestem, za jakie pieniądze on tego zakupu dokonuje? NBP przynosi miliardowe straty, w budżecie państwa brak pozycji – zakup złota. A on obwieszcza co i raz światu, że NBP dokona zakupu iluś tam ton złota. Na taką wiadomość najprawdopodobniej cena złota na giełdzie wzrasta. Jest popyt – to wzrasta cena. Takie są prawa rynku, o czym widać ten profesorek nie wie. Najbardziej z tego cieszy się Putin, bo jak wie nawet dziecko, potrzebuje kasy na prowadzenie wojny. A złota ma spore zapasy. Tak więc zakupy Polski są mu na rękę. Brawo, prezesie Glapiński! 

Jakim fachowcem w finansach i prawach rynku jest ten utytułowany profesor? Gorszym chyba niż handlarz pietruszką na bazarze. Takie zakupy robi się, gdy złoto jest tanie, a budżet ma nadwyżki pieniędzy. W Polsce jest odwrotnie. Deficyt ogromny, a ktoś blokuje miliardy na nielogiczne zakupy. Zamiast przeznaczyć pieniądze na rozwój przemysłu, zamraża je na niepotrzebne zakupy. I jeszcze płaci nie wiadomo ile za przechowywanie złota. W kraju tych zapasów jest nieznana nam ilość. Martwe pieniądze. Co będzie, jak w świecie nastąpi kryzys i trzeba będzie sprzedać złotko? Kto je kupi i ile zapłaci? Tony tego metalu mogą być warte jedną trzecią ceny zakupu. Oczywiście jak się znajdzie kupiec. Idiotyczna zabawa ze złotem doprowadziła do tego, że jego ceny w jubilerstwie są kosmiczne. Dla normalnego Polaka zakup złotej biżuterii jest w pewnym zakresie lokatą kapitału. Tylko to złoto musi mieć rozsądną cenę, a nie tę z kosmosu. Podsumowując, można dodać, że do zarzutów stawianych prezesowi, aby go postawić przed Trybunałem Stanu, można dołożyć jeszcze co najmniej dwa – działanie na szkodę państwa i wspieranie – być może świadome – Putina. Obrót złotem to fantastyka. Wirtualne zyski, wirtualne spadki. 640 ton kruszcu wartości podobno 340 mld zł to zamrożone pieniądze. Zainwestowane w gospodarkę przynosiłyby prawdziwy dochód. A leżące rezerwy i ich wartość to czyste wróżbiarstwo. W razie globalnego kryzysu – złom o niskiej wartości. Sprzedawać będą chcieli wszyscy, a kto to kupi? Chyba kosmici? ANDRZEJ CHORĄŻEWICZ

„Ten przypadek można jeszcze leczyć” 

Zwieracz Berkowicza

Chlapnięcie słownej głupoty przez posła Konrada Berkowicza wywołało u mnie skojarzenie z kaczką, która załatwia potrzebę fizjologiczną tam, gdzie stoi. A robi to ze względów czysto anatomicznych i ewolucyjnych, ponieważ nie ma fizycznej możliwości kontrolowania tej czynności. Nie posiada mięśni zwieraczy i nieczystości są natychmiast usuwane z organizmu. K. Berkowicz, obrażając redaktorkę Justynę Dobrosz-Oracz słowami: „Rozmawiam z dziennikarzami, a nie z kurtyzanami”, z powodu braku zwieracza pomiędzy ośrodkami mowy i rozumem zachował się podobnie jak kaczka i jeszcze w to wdepnął. Jego ruchowy ośrodek mowy, odpowiadający za produkcję mowy oraz poprawne budowanie zdań pod kątem gramatycznym, wydalił tekst, który nie został zweryfikowany przez czuciowy ośrodek mowy odpowiedzialny za rozumienie mowy oraz dobór odpowiednich słów do wyrażenia myśli. Ze swojego wywodu wnoszę, że z medycznego punktu widzenia K. Berkowicz jest osobą z afazją przewodzenia. Pocieszający jednak dla wszystkich gadających bzdury polityków jest fakt, że to da się leczyć intensywną rehabilitacją. 

Nie jest wykluczone, że słowa Berkowicza padły z powodu specyficznego za burzenia lękowego polegającego na irracjonalnym, silnym strachu przed płcią żeńską. Dotyczy to de facto wszystkich polityków Konfederacji – Nowa nadzieja. Symptomami tego może być brak kobiet wśród posłów tej partii w Sejmie oraz fakt, że jedyną kobietę wysłali do europarlamentu, a to już pachnie postrzeganiem się przez mężczyzn z partii S. Mentzena jako nadrzędnych. Następstwem strachu K. Berkowicza mogła być agresja wobec kobiety, wynikająca z „utrwalonego kulturowo przekonania o dominacji mężczyzn, podporządkowaniu kobiet oraz przyzwoleniu na stosowanie presji lub kontroli sprzyjających zachowaniom agresywnym”. To wypisz wymaluj ich retoryka, oparta na tradycyjnym podziale ról społecznych. 

Dlaczego posłowie Konfederacji lekceważą i poniżają kobiety? Z zemsty na elitach, jakimi one się stały. Oto samce alfa w polskim parlamencie, bazując na kilkunastoprocentowym poparciu wyborców, czują, że ich hasła są chwytliwe. Sprzeciwiają się unijnej dyrektywie o zwalczaniu przemocy wobec kobiet, finansowaniu zapłodnienia metodą in vitro oraz antykoncepcji. Podważają powszechną interpretację luki płacowej jako przejawu dyskryminacji kobiet. W „Stu ustawach Mentzena” proponowano m.in.: nierozerwalne małżeństwa, oparcie rodziny na etyce chrześcijańskiej, rozwód za zgodą biskupa, do dekady więzienia dla kobiety przerywającej własną ciążę. 

Jeżeli K. Berkowicz obraził reporterkę celowo, to zachował się jak cham. Dlaczego? Bo on, proszę szanownych Czytelników, jest oto magistrem filozofii i zna słowo – kurtyzana. To nic, że jest człowiekiem o małej kulturze osobistej, arogantem z dużym pokładem cynizmu i brakiem odpowiedzialności za słowo. To mężczyzna – macho, filozoficznie zamyślony, który ze słuchawkami na uszach w sklepie meblowym, jak zapóźniony cywilizacyjnie klient, zachował się jak złodziej. JANUSZ G.

„Co będzie, gdy czas trumpistów się skończy?” 

Ropa wyborcza 

Kiedy w naszym kraju zbliżają się wybory, nawet lokalne, ubiegający się o władzę kandydaci zawsze obiecują nam różne rzeczy, czasami wybitnie populistyczne, mało realne i utarło się powiedzenie, że to kiełbasa wyborcza. Pionierami byli ludowcy, którzy na początku naszej transformacji ustrojowej tu i ówdzie na wiecach wyborczych rozdawali za darmo kiełbaski z grilla, czasami z dodatkiem napoju chmielowego, i to w trakcie wyborów. Niektórzy tak skutecznie, że do dziś na tym nieźle zarabiają i się burzą w Sejmie, jak rząd chce coś ukrócić, by nie było pijaństwa w parkach i w nocy na ulicach. 

Jednak za oceanem „światowy polityczny bandyta” D. Trump 9.10 ogłosił całemu światu, że z drugim bandytą Putinem, napadającym od 4,5 roku na Ukrainę, zawarł deal, aby dostarczył mu najpierw 300 tys. ton oleju napędowego, a następnie jeszcze więcej, aż do miliona, bo mu słupki poparcia spadają – a tu 3.11 wybory. Dla USA te 300 tys. to ilość jak „na waciki”, bo na niecały tydzień wystarczy, ale liczy się gest i łapówa, jak na dewelopera przystało. A ja to nazywam ropą wyborczą, bo na olej napędowy mówi się potocznie na całym świecie – ropa. Tragizm tego dealu polega na tym, że delegacja Ukrainy przedwcześnie wróciła z Florydy do kraju, zaraz po tym ogłoszeniu, a przegrana do Izby Reprezentantów i Senatu będzie zwalona na Zełenskiego, bo niszczył rafinerie Putina, a nie na niego, bo nie wywiązał się w czasie z umowy. 

Jak dla mnie Trump już nieodwołalnie „złachmanił” świat, którego jakieś łącza dotąd w miarę funkcjonujące już się poluzowały, uszczelki poodpadały i nawet gęstsza od rosyjskiej ropa irańska nie pomoże w jego naprawie. Skutkiem może być (oby nie) wojna światowa. On już skutecznie zdemoralizował zarówno wrogów, jak i przyjaciół. Odnowił kult siły do tego stopnia, że u nas w kraju dwa dni później, 11.10, słyszymy w mediach wieści o możliwym zamachu na premiera i szefa MON. To Trump i jego otoczenie stoją za stwierdzeniem, że każdy ma „własne fakty”, oddzielną rzeczywistość, w której Trump i Nawrocki są najlepszymi prezydentami w historii USA i Polski. 

Nasza patoprawica przemilcza związek wysokich cen paliw z cieśniną Ormuz, bo w ten Trumpowski nowy „alt – świat” uwierzyła bezgranicznie, a Nawrocki, naśladując Trumpa, zaproponował nawet ułatwienie dostępu do broni palnej. I to kiedy! Wtedy, gdy Mazowsze ogarnęła fala „biegających z nożami po szkołach małolatów”. W takiej sytuacji ekipa Tuska nie bardzo może pozwolić sobie na otwartą krytykę Trumpa i jego administracji. Na czym więc stoimy? Kiedy – i czy w ogóle – powstanie u nas stała baza wojskowa? I wreszcie, czy rząd nie obawia się, że po wyborach 3.11, kiedy Izbę Reprezentantów i Senat przejmą demokraci, temat spadnie z agendy politycznej? Czas trumpistów w Białym Domu kiedyś się skończy. Jeżeli wtedy zabraknie, również u nas, twardych obrońców starej demokracji, ale z nowym spojrzeniem i pomysłami, to radykalna patoprawicowa opcja stanie się obowiązującym modelem na dłużej. Czy mamy dokąd się cofnąć? Nie. Nie mamy. 

I jeszcze jedno. A co zrobi Nawrocki, kiedy zostanie potraktowany przez Trumpa tak jak Giorgia Meloni, która najpierw była wielką przyjaciółką Trumpa, a teraz jest publicznie wyśmiewana w Białym Domu? Czy niedoszły bokser Nawrocki będzie miał odwagę wyciągnąć palucha na Trumpa (vide na red. Półchłopka) i warknąć na Trumpa: „ogarnij się”? Wątpię. 

Słowo ropa jest też wkomponowane w inne słowo – ropiejąca rana. Potocznie nawet lekarze określają tak wypływającą ciecz z zakażonej rany ciętej. Rany zadawanej od zawsze przez skrajnie prawicowe i lewackie środowiska na ciele naszej młodej demokracji. A że jeszcze młoda, to jest szansa, że za rok da się tę ranę wyleczyć, choć ślad pozostanie. Nie zmarnujmy i tego. K.J.

„Nie jałmużna, ale spłata długu” 

To to jest na nic… 

Pamiętam z czasów licealnych opowieść naszego nauczyciela biologii. Prowadził on wówczas badania nad egzotycznymi gatunkami drzew i krzewów rosnących w parkach mojego rodzinnego miasta – zbierał materiały do przyszłej monografii. Uzbrojony w specjalny kij, nachylał gałęzie, skrupulatnie oglądał liście, pąki i kwiaty, robił notatki. W trakcie tej misternej pracy podeszła do niego pewna starsza kobieta. Przyjrzała się jego zabiegom z życzliwą aprobatą i rzekła: „O, dobrze, że pan spisuje te drzewa do wycięcia, bo z tego nic nie ma. Gdyby to były jabłka, czereśnie, wiśnie, to by coś z tego było, a to to jest na nic”. 

Biolog nie podjął dyskusji. Kobieta zaś poszła w swoją stronę, przekonana, że spotkała urzędnika, który wreszcie zrobi porządek z roślinną bezużytecznością. 

Tę anegdotę przypominam sobie za każdym razem, gdy powraca debata o systemowym wsparciu i zabezpieczeniu emerytalnym dla twórców kultury. W oczach czysto rynkowego pragmatyzmu artysta, pisarz czy badacz bywa postrzegany dokładnie tak, jak owe parkowe krzewy. Z perspektywy twardego przelicznika świat dzieli się na dyscypliny dające bezpośredni, mierzalny miąższ oraz całą resztę, która zajmuje miejsce w budżecie i – w myśl uproszczonej logiki – jest na nic. 

Historia polskiej literatury aż nadto dobrze zna ten mechanizm. Jakże często ci, których dziś uznajemy za filary naszej tożsamości i których dzieła weszły do kanonu lektur, spędzali dojrzałe lata w dotkliwym niedostatku, niepewności jutra lub na łasce osób trzecich. Wystarczy wspomnieć cichy los Cypriana Kamila Norwida w paryskim Zakładzie św. Kazimierza czy dramatyczną walkę o byt Marii Dąbrowskiej i wielu innych pisarzy, których praca twórcza – choć bezcenna dla języka i pamięci narodowej – nie przełożyła się na wypracowanie jakichkolwiek normatywnych świadczeń na starość. Rynek wydawniczy chętnie dyskontuje owoce pracy pisarza, kiedy ten odnosi sukces, lecz bezmyślnie odwraca wzrok, gdy gaśnie płynność finansowa, zdrowie i siły do walki o przetrwanie.

Ten sam parkowy mechanizm przemycamy zresztą do codziennych wyborów. Jako odbiorcy wolimy sięgać po to, co najłatwiejsze – po literackie „czereśnie”: słodkie, proste i bez pestek. Jednak to nie lekkie rozrywki tworzą podwaliny naszej kultury, lecz właśnie te dzieła trudniejsze, zawiłe, wymagające od autora całych lat bezinteresownego poświęcenia, często opłaconego niestabilnością materialną i brakiem etatowego bezpieczeństwa.

Tymczasem cała piękna i trwała strona ludzkiej egzystencji zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończy się bezpośrednia użyteczność. Literatura bez przelicznika na natychmiastowy zysk, sztuka wymykająca się rynkowym szablonom czy naukowa dociekliwość – to są nasze społeczne „drzewa nieowocowe”. Nie wykarmią nas w sensie dosłownym, ale to one dają cień, tworzą klimat i stanowią o dojrzałości wspólnoty.

Uznanie prawa twórców kultury do godnej starości i systemowego zabezpieczenia socjalnego nie jest więc żadną pobłażliwą jałmużną ani przywilejem. Jest spłatą długu i wyrazem dojrzałości społeczeństwa, które rozumie, że park pozbawiony takich drzew staje się wyłącznie pustym, betonowym placem. ADAM KALIŃSKI  

2026-11-08

Angora