Pan Edmund Krynicki od lat prowadził w Chodorach (25 km od Białegostoku) fermę drobiu. Miał też kilka sklepów spożywczych. Znali go tu wszyscy – był komendantem miejscowej OSP i radnym gminy Turośń Kościelna. 69-latek uchodził za bardzo zamożnego. Hodowla drobiu to dobry interes, ale wymagający stałego nadzoru. Kryniccy mieszkali na terenie firmy, a po drugiej stronie drogi żona prowadziła sklep, z którego okien było widać dom. Mieszkali tam również córka z zięciem, który pomagał teściowi w prowadzeniu fermy. Tak wyglądała sytuacja w 2004 roku – podczas tragicznych wydarzeń.
Pan Edmund zatrudniał 20 pracowników, w tym kilku z Białorusi. Na podwórku mieli przygotowane lokum – barakowóz z miejscami do spania i prądem; z zaplecza sanitarnego korzystali w budynkach gospodarczych. Wśród nich był 35-letni Wiktor zwany Wicią – pracownik do wszystkiego. Pracował tu od roku, a dwa tygodnie przed tragedią wrócił z krótkiego urlopu na Białorusi. 24 marca 2004 roku żona Krynickiego o godzinie 6 otworzyła sklep, a córka z zięciem pojechali do Białegostoku. Około 8. Wiktor przyszedł do gospodarza i zażądał podwyżki, grożąc odejściem. Negocjacje trwały długo – Białorusin kilkakrotnie zapowiadał, że zaraz się spakuje i wyjedzie. Pan Edmund pozostał nieustępliwy: podwyżki nie dał, wypłacił jedynie zaległe wynagrodzenie i wręczył 5 zł na dwa piwa… które chwilę później wspólnie wypili.
W noc poprzedzającą zdarzenie do Wiktora przyjechał znajomy z Białorusi. Rano spotkał się także z panem Edmundem – sprzedał mu przemycone papierosy i wrócił do barakowozu, gdzie czekał na Wicię. Około 12 Wiktor, w roboczym ubraniu, wszedł do pomieszczenia socjalnego i oznajmił, że za takie grosze pracować nie będzie. Poprosił jedną z pracownic o rower, bo chciał jechać po piwo do Rynk. Kobieta rower pożyczyła. Jak później ustalono, o 16.09 Wiktor przekroczył granicę z Białorusią. Miał na sobie brązową skórzaną kurtkę. Dosiadł się – za drobną opłatę – do samochodu na białoruskich numerach stojącego w kolejce. Z Chodor do przejścia w Kuźnicach jest ok. 75 km; policja przypuszcza, że Wiktor do Białegostoku dojechał rowerem, a dalej jakimś pojazdem dotarł na granicę.
Po 18 żona Krynickiego zamknęła sklep i zdziwiła się, że w domu jest ciemno. Jeszcze bardziej – że drzwi są zamknięte. Gdy weszła do środka, zamarła. Na podłodze w kałuży krwi leżał jej mąż – skrępowany taśmą klejącą, z wyraźnymi obrażeniami głowy. Nie żył. Wezwano pogotowie i policję. Narzędzia zbrodni nie odnaleziono. Barakowóz opustoszał – Białorusini zniknęli. Jak ustalono, kompan Wiktora przekroczył granicę dwa dni po zabójstwie. Z mieszkania zniknęło 100 tys. zł przygotowane na zakup paszy. Wszystko wskazywało, że ze zbrodnią i kradzieżą gotówki mają związek uciekinierzy ze Wschodu.
Polska policja poprosiła o pomoc sąsiadów z Białorusi. Tamtejsza milicja szybko ustaliła personalia Wiktora, ale jego przesłuchanie nic nie wniosło. Twierdził, że o zabójstwie nic nie wie, a wyjechał, bo nie dostał podwyżki. Wypierał się też znajomości z rodakiem, który sprzedawał papierosy. Ponieważ polscy policjanci nie mieli dowodów na udział Wiktora w zabójstwie, miał status świadka.
Szalenie ważne były kolejne ustalenia policji. Dwa dni przed zabójstwem do pana Edmunda przyjechało dwóch przedstawicieli firmy zaopatrującej zakłady drobiarskie. Rozmawiali o jego zobowiązaniach finansowych, a w związku z tą wizytą miał przygotować ok. 100 tys. zł. Policja nie wykluczyła, że rozmowę mógł słyszeć Wiktor – ale wcale nie on musiał być mordercą. Mógł przekazać wiedzę o gotówce koledze z Białorusi i to on mógł dokonać zbrodni.
Śledczy przypuszczali, że Wiktor nie brał bezpośredniego udziału w zabójstwie, lecz był świadomym lub nieświadomym „nadawcą”. Pan Edmund był słusznej postury, a drobny Wiktor miałby problem z dokonaniem zbrodni. Sprawca musiał być też ubrudzony krwią – ciosy powodowały rozbryzgi – tymczasem Wiktor, gdy pożyczał rower, miał czyste robocze ubranie. Na terenie gospodarstwa nie znaleziono też zakrwawionej garderoby.
Podejrzanym pozostał więc nieustalony do dziś przybysz z Białorusi. Podlaskie Archiwum X wróciło do tej niewykrytej sprawy 12 lat po zbrodni – w 2016 roku. Niestety, wnikliwa analiza akt nie przyniosła przełomu. Pozostał jedynie białoruski trop.
Wiesz coś o tej zbrodni – pisz: rzecznik@ podlaska.policja.gov.pl