R E K L A M A
R E K L A M A

Według Mroziewicza. Ambicja na granice

Apetyt na Kanadę dopisuje prezydentowi USA Donaldowi T., co sprawiło, że w rozważaniach na ten temat trzeba się cofnąć do połowy XVIII wieku. Czemu nie do czasów wcześniejszych? Bo ziemie, które nazywamy Kanadą, były przedtem kolonią francuską. Zresztą Kanadę odkryli Francuzi w roku 1534 i oddali ją Brytyjczykom 200 lat później. 

Źródło: Gemini AI

Spory graniczne były przez dwa tysiąclecia główną przyczyną wojen w świecie. W chwili obecnej toczy się na naszym globie pięćdziesiąt różnych wojen, a drugie pięćdziesiąt czeka zamrożone na stosowny moment, aby się rozpocząć. Prezydent Trump ma na myśli nowy rodzaj konfliktu, który co prawda nie zakłada rozprawy krwawej, ale też nie jest problemem do rozwiązania przy stole rozmów. To wymuszanie. W Białym Domu nie podoba się gruba kreska, która na mapie oznacza prostą granicę między USA i północną częścią zlodowaciałego kontynentu. Argumentem, żeby coś z tym zrobić, jest podejrzenie, że apetyt na te lody ma także Rosja. Następny krok to uwertura do nowego podziału tej części świata.

Od dawna umyka naszej uwadze fakt, że jeśli idzie o Amerykę Północną, zadawnione, sentymentalne już tylko apetyty ma także Francja. Ambasadorem w Paryżu był późniejszy prezydent, frankofil Thomas Jefferson, który zwrócił się do Ludwika XVI o pożyczkę w złocie dla USA. Był przy tym prowincjonalny adwokat Maksymilian Robespierre. Król zgodził się na transfer złota, mówiąc: „Chcę podkreślić, że udzielamy pożyczki, pod warunkiem że trzeba ją będzie kiedyś zwrócić”. Obserwując rozmowę Emmanuela Macrona z Trumpem w Białym Domu, pomyślałem sobie, że właśnie nadszedł czas spłacania tej pożyczki. Statuę Wolności zostawmy na razie na boku, bo trzeba byłoby mówić także o Sobieskim pod Wiedniem… Coś jednak musi być na rzeczy, skoro prezydent Francji zapowiedział, że jego kraj gotów jest porozmawiać o zastąpieniu parasola atomowego USA przez parasol francuski nad Europą.

O supermocarstwowych ambicjach Francji przypomniał nam w swoim czasie generał de Gaulle, który podczas wizyty oficjalnej w Kanadzie wzniósł okrzyk na wiecu: „Niech żyje wolny Quebec”. Prowincja ta, nawiasem mówiąc, jest frankofońską pozostałością po kolonii francuskiej. Działał tam wtedy separatystyczny ruch terrorystów. Rząd kanadyjski uznał dostojnego gościa za personę non grata, de Gaulle musiał przerwać wizytę – wyniósł się z Kanady jak niepyszny. Tyle o parasolu francuskim. A co z parasolem brytyjskim? Trzeba tu zacytować lorda Palmerstona: „Zjednoczone Królestwo nie ma stałych przyjaciół. Ma tylko stałe interesy”. Jak do parasoli mają się wartości europejskie? Pisałem tu już o tych wartościach kilka razy: są to poszanowanie praw człowieka, poszanowanie praw mniejszości i poszanowanie granic. Polska jest szczególnie mocno zainteresowana w przestrzeganiu nietykalności obszarów, którymi rozdzielone są tereny sąsiedzkie. Dyktator Białorusi tego nie rozumie. Inne rządy europejskie mimo zastarzałych problemów granicznych starają się nie szkodzić sobie nawzajem. Prezydent Trump nie ma w Europie tych problemów, ale będzie je miał w Azji, gdzie wartości europejskich nikt nie uważa za obowiązujące.

Dookoła Pacyfiku mieszka ponad połowa ludności świata, znajduje się ponad połowa wszelkich dóbr, rozwija się połowa albo i więcej światowego przemysłu i handlu, czyli gospodarki, i zapowiada się, niestety, ponad połowa światowych konfliktów, które zaczęły się od Pearl Harbor i Hiroszimy, a trwają na Półwyspie Koreańskim, na Archipelagu Kurylskim i na morzu oblewającym Tajwan. Nie wiadomo, po co prezydentowi Trumpowi ten kocioł. USA są tam już i tak, bo ogromna liczba żołnierzy amerykańskich stacjonuje w Korei Południowej, Amerykanie są też na Okinawie. Terytorium Północne (Kuryle) ciągle wymaga traktatu pokojowego z Rosją, a rozstrzygnięcie własności Tajwanu grozi wojną z Chinami. Bazy USA na Diego Garcia nie życzą sobie na Oceanie Indyjskim Indie, które zresztą nie leżą nad Pacyfikiem, ale uważają, że tam są. Dookoła Pacyfiku mamy też same spory graniczne. Wartość europejska nie obowiązuje w Azji, bo Azja nie leży w Europie. Trump najwyraźniej uważa, że trzeba będzie te konflikty rozwiązać tak, jak to zrobiono kiedyś przy udziale amerykańskim na starym kontynencie. Ale konflikt graniczny Indie-Chiny trwa dwa tysiące lat; konflikt Indie-Pakistan jest znacznie młodszy, ale o tyle groźniejszy, że nuklearny. Wojny wewnątrzgraniczne w Mjanmie, Indonezji, Timorze i gdzie tylko spojrzymy na mapę, trwają i trwać będą setki lat, bo wartości azjatyckie to poszanowanie głowy rodziny, czyli państwa, i poszanowanie państwa, jakiekolwiek ono jest. Na poszanowanie granic miejsca w Azji nie ma. 

2025-04-05

Krzysztof Mroziewicz