R E K L A M A
R E K L A M A

Toskania poza pocztówką. Tu czas wybija dzwonnica, a góry są jak rzeźby

Po noclegu w Karyntii, mroku tuneli, pierwszej włoskiej kawie z automatu, imbirowej, zapamiętanej z poprzednich podróży, wreszcie dojeżdżamy – Małgosia, Magdalena i ja. 

Fot. Beata Dżon-Ozimek

Na rondzie wyrasta – w charakterystycznej pozie – postać z długim nosem. To Collodi, „miasteczko Pinokia”; zaczyna się wspinaczka wąskimi serpentynami. Asfaltowy przekładaniec składa się jak warstwy lasagne, płasko, tam i z powrotem. Pnie się ku oświetlonym dzwonnicom, prowadzi przez ponad 1000-letnią Camaiore, gminę z enklawą językową, a język ów ma się wywodzić od średniowiecznych wojsk Ostrogotów albo Longobardów, przetrwał tu wieki. Wreszcie Benabbio, podejście do 300-letniego kamiennego domu i widok, który wynagradza trud. Dzwonnica, o każdej porze inna – raz pełna złota, innym razem wtulona w puchy chmur i mgły w zimnych barwach – organizuje krajobraz. Za nią Alpy Apuańskie, Apeniny, marmury Carrary. W Benabbio śni się pośród zapachów nocy i przejmującej ciszy, czasem zahałasuje sowa lub puszczyk. Cykady brzmią intensywnie, szaleńczo, by nagle uciąć dźwięki przed zmrokem. Poniżej „naszego” domu włoska rodzina tapla się w basenie, gra w gry planszowe, a w weekend miejscowi bawią się przy włoskiej otulającej muzyce, co najmniej tak dobrej jak kawałki Wodeckiego. Młodzież do północy kopie piłkę; nawet Włosi narzekają na wysoką temperaturę. Co kamień, budynek, wieża, to tajemnica; płyta z białego kararyjskiego marmuru z nazwiskami zabitych żołnierzy na wojnach 1911 – 1918, wyżej kaplica, porzucony dawno fort i ruiny zamku, jest i lokalne muzeum założone przez proboszcza, teatr Teatro Filarmonico, gdzie ostatnio świętowano rok Pucciniego, i dobroczynne festyny. 

Subskrybuj angorę
Czytaj bez żadnych ograniczeń gdzie i kiedy chcesz.


Już od
22,00 zł/mies




2026-09-13

Beata Dżon-Ozimek