guru młodzieży artystycznej,
nadawał się do tego idealnie. Pierwszy program pokazano w lutym 1976 roku i – jak pisze biograf Bardiniego Grzegorz Kozak – „właściwie można powiedzieć, że Spotkanie… było prototypem rozmaitych talent show, jakich dziś co niemiara w różnych telewizjach. Oto do studia są zapraszani młodzi ludzie, którzy chcą publicznie zaprezentować swoje muzyczne umiejętności. A jedynym oceniającym jest Pan Profesor. Surowy, złośliwy, dowcipny, ale sprawiedliwy…”. Tylko ten, kto pamięta Bardiniego, surowego, złośliwego, dowcipnego, sprawiedliwego, zrozumie, na czym jego fenomen polegał. I doskonale rozumie, czemu wówczas wystarczał za jury sam Bardini, a dziś, by spróbować zagrać jego rolę, musi to być grupa celebrytów.
W studiu spotykali się wtedy młodzi Polacy, którzy „grali, śpiewali, tańczyli, przekonani, że świat pozna się na ich zdolnościach. A Profesor bezlitośnie obnażał wszystkie braki, nie tylko w sferze artystycznej, ale także w wiedzy ogólnej i podstawach edukacji. Pomagał im się kreować, jeśli był pretekst, i pomagał wrócić do rzeczywistości, jeśli pretekstu brakowało. Jednocześnie, na oczach milionów, następowała autokreacja twórcy. Witold Filler, szef ówczesnych „Szpilek” i krytyk teatralny, pisał: „W przypadku Bardiniego można mówić o paradoksalnej sytuacji, kiedy artysta poczyna identyfikować się masowej widowni sam ze sobą, co również rzutuje na jego działalność zawodową. Na Mikulskiego pokazywano w tramwaju palcami: «Patrzcie, Kloss!» – na Bardiniego pokazują: «Patrzcie, Bardini »”. Ktoś inny opowiadał, że „gdy na Dworcu Centralnym w Warszawie zobaczył tłumy oblegające podczas emisji Spotkań… telewizory, które wisiały na peronach, zadzwonił do Profesora z żartobliwą wiadomością, że pasażerowie zapomnieli, dokąd mają jechać, i kolej czeka wielki paraliż. Bardini śmiał się, dziękował – mówił, że to bardzo miłe”. Telewizyjna popularność czasem nie dawała mu żyć, ludzie obstępowali go jak gwiazdę sportu czy filmu, prosili o autografy.
Subskrybuj