W 2019 roku ubóstwo dotykało 10,5 proc. mieszkańców USA, 38 mln osób (więcej niż populacja Polski) nie miało wystarczających środków na podstawowe potrzeby. Aż 108 mln żyło za nie więcej niż 55 tys. dolarów rocznie. To kwota, która w wielu amerykańskich miastach nie gwarantuje bezpieczeństwa ekonomicznego. Dwa miliony osób nie miały dostępu do bieżącej wody i podstawowych urządzeń sanitarnych. Ponad milion uczniów szkół publicznych doświadczało bezdomności. Dzieci spały w samochodach, w schroniskach albo w pustostanach. Bieda nie oznacza wyłącznie pustego portfela.
To także ciągły strach, że zabraknie na czynsz, rachunki lub leczenie. W co czwartym ubogim gospodarstwie domowym koszty mieszkania i mediów pochłaniają aż 70 proc. dochodów. A znalezienie tańszego lokum jest bardzo trudne. Od 1985 roku czynsze rosły znacznie szybciej niż zarobki. Praca też nie zawsze chroni przed biedą. Wielu Amerykanów zarabia grosze, pracuje na niestabilnych umowach i nie ma pewności, czy w następnym miesiącu wystarczy na utrzymanie rodziny. Około 30 mln mieszkańców USA nie ma żadnego ubezpieczenia zdrowotnego. Skutki odczuwa nawet co czwarte dziecko, które nie leczy próchnicy. Ubodzy płacą również za to, że są ubodzy. Nie każdy ma konto w banku, niektórzy otrzymują wynagrodzenie w czekach. Żeby zamienić je na gotówkę, muszą korzystać ze specjalnych punktów, które pobierają od 1 do 10 proc. wartości czeku.
W 2020 roku takie opłaty kosztowały Amerykanów łącznie 1,6 mld dolarów. Od ponad 50 lat liczba biednych w USA utrzymuje się na podobnym poziomie. Dlaczego nie maleje? Bo zyski z biedy czerpie bogatsza grupa obywateli: pracodawcy płacący niskie wynagrodzenia, właściciele mieszkań, firmy zarabiające na kosztownych usługach finansowych. Desmond stawia więc pytanie: czy wszyscy, którzy korzystają z taniej pracy i tanich usług, nie mają choć części udziału w utrzymywaniu tego systemu?