R E K L A M A
R E K L A M A

„Nikt nie byłby mną zainteresowany, gdybym był normalny”. 55 lat od śmierci Jima Morrisona

"O śmierci myślę jak o szczytowym momencie życia". A... było to 55 lat temu. 3 lipca o 7 rano znaleziono jego martwe ciało w wannie paryskiego mieszkania na trzecim piętrze przy "rue Beautreillis" 17. Miał 27 lat. Sekcji zwłok nie zrobiono, uznawszy, że przyczyną zgonu było ustanie pracy serca spowodowane przedawkowaniem heroiny. Takie „święte zawierzenie truciźnie”. Dziewczyna Jima Morrisona Pamela Courson powiadomiła amerykańską ambasadę, że poeta, podkreśliła – POETA!!! – James Douglas Morrison nie żyje.

Fot. Leszek Turkiewicz

Był liderem grupy The Doors, ikoną rocka, symbolem hippisowskich szaleństw dzieci kwiatów, buntownikiem rewolty młodzieży kontestującej w czasach wojny w Wietnamie. Żył na granicy obłędu, rzucając deliryczne wyzwanie „zakłamanej hipokryzją Ameryce”. Wake up! (przebudźcie się) – wykrzykiwał na scenie, zaczynając występy, które nazywał „teatrem rockowym”, nawiązując do teatru Artaud mającego jak dżuma, jak zaraza, „oczyszczać rodzaj ludzki”.

Łączył rock z poezją, z szamańskim rytuałem, z parateatralnym spektaklem. Nazywał siebie politykiem erotyzmu podążającym za wizją (utopijną) kosmicznej miłości. Bóg w skórzanych spodniach i o nagim torsie, bóg seksu, jego pierwotnej siły, najpotężniejszej egzystencjalnie. Kiedy go skazano na pół roku więzienia za obnażenie się na scenie podczas koncertu w Miami, przyjechał do Paryża – wiosną 1971 roku. Miał się zatrzymać w pokoju hotelowym, w którym zmarł Oscar Wilde, do którego twórczości i życia się odwoływał. Zamieszkał z Pamelą, przy tej rue Beautreillis 17, podnajmując mieszkanie u modelki Zozo. Lecz nie ma tu żadnej tablicy upamiętniającej miejsce śmierci tego archetypu gwiazdy rockowej.

 

Subskrybuj angorę
Czytaj bez żadnych ograniczeń gdzie i kiedy chcesz.


Już od
22,00 zł/mies




2026-07-18

Leszek Turkiewicz