Rzym nie jest ani Cannes, ani Wenecją. Tutejszy festiwal, powołany do życia w 2006 roku z aspiracjami wejścia do europejskiej pierwszej ligi, przez lata szukał własnego kostiumu, a wciąż ma słabszy rezonans branżowy niż konkurenci, choćby dlatego, że część głośnych filmów – poza włoskimi – dociera tu już po światowych premierach. Włoski dziennik „Il Post” pisał wprost o paradoksie przedsięwzięcia, które ma publiczność, gwiazdy i ponad dwie dekady historii, a nadal nie osiągnęło pozycji zapowiadanej u zarania. Mimo tak długiego rozbiegu Rzym nie przestaje celować wysoko. Magazyn krytyki filmowej „Quinlan” naliczył w tegorocznym programie ponad 170 tytułów, wraz z odrestaurowaną klasyką, i nazwał tę obfitość wręcz gigantomanią liczb.
Subskrybuj