Mówią ciągle, bez przerwy, najchętniej o sobie. Nie mają nic do ukrycia, bo wiedzą, że im większa kontrowersja, tym lepiej się sprzedaje. Ludzie klikają, podają sobie dalej, dziennikarze pchają się o wywiady, dłuższe i krótsze. Ważne, żeby potem cytowali z nazwiska. Największe nieszczęście celebryta jest gotów przekuć w swój medialny sukces. Każda wpadka albo życiowa porażka idealnie nadaje się do międlenia jej w sieci, analizowania, oglądania przez internetową lupę i rozkładania na najpikantniejsze detale. Nie pisali? Zapomnieli, bo znaleźli sobie inne „gorące” nazwiska? Przyznaj się, że ci w życiu nie wyszło. Że znów coś poszło nie tak, popełniłeś kolejny wielki błąd. Rzucą się na ciebie jak na świeże, chrupiące bułeczki. Nic tak dobrze się nie sprzedaje jak celebryckie ponure historie. Miał być ślub, jest rozstanie. Jak to u celebrytów bywa – koniecznie odtrąbione w prasie, żeby na pewno każdy się dowiedział. Jeszcze się taki mądry nie znalazł, który by logicznie wytłumaczył tę nieposkromioną chęć mówienia o sobie wszystkiego i wszystkim.
Miał być mąż, zostały wspomnienia
I tak dowiedzieliśmy się właśnie, że Anna Wendzikowska (45 l.), kiedyś znana z TVN prezenterka i autorka wywiadów z zagranicznymi aktorami, nie spotyka się już z panem, z którym zapowiadała huczny ślub. Zapowiadała go wszędzie, gdzie się dało, umawiała na ustawki z fotoreporterami, żeby strzelili jej fotkę, jak przymierza białe sukienki u modnego projektanta. Miała już zapewne plan, jak to ważne prywatne wydarzenie zamienić na skuteczne kontrakty ze sponsorami, czytaj: zarobić miliony monet. Teraz Wendzikowska mówi w wywiadzie dla „Na Żywo”: „Kiedy człowiek jest już ugruntowany w sobie, to się przede wszystkim nie potrzebuje związku za wszelką cenę. Nie ma też tendencji do wchodzenia w byle jakie czy, nawiasem mówiąc, wystarczające relacje”. A jeszcze niedawno zapewniała nas, że to ten jedyny, a zdjęcia z nowym towarzyszem życia podpisywała „Kochany przyszły mąż”. „Ludzie w tym wieku nie zaręczają się, żeby być narzeczonymi na zawsze”, komentowała z przejęciem przyjęcie pierścionka. Przedstawiła kolejnego pana swoim córkom: „To najszczęśliwszy moment w moim życiu” – komentowała dla „Faktu”. Teraz okazuje się, że państwo nie są razem już od maja. A może tak, pani Anno, spróbować stworzyć związek bez opowiadania o nim w tabloidach? Miłość, jak pieniądze, lubi ciszę. A jeśli nawet przeminie, to nikt nie będzie o tym musiał słuchać. I w związku z tym nie będzie też miał prawa komentować.
Ślubu nie będzie
Ta prosta, jak mogłoby się wydawać, reguła nie przemawia też do Ewy Kasprzyk (69 l.). Aktorka już jakiś czas temu rozstała się z narzeczonym, a teraz postanowiła do tego wydarzenia wrócić. W wywiadzie dla „Zwierciadła” Kasprzyk nie gryzie się w język, pytana o szczegóły przez dziennikarzy. Ona też planowała ślub z młodszym o osiem lat narzeczonym. Ale zamiast opowiadać o szczegółach ślubnej uroczystości, którą planowali w Afryce, pozostało jej analizowanie, co w tym związku poszło nie tak. „Nie chcę mówić o nim źle. Ale końcówki nie miał dobrej” – zastrzega, ale nie zamierza na tym poprzestać. „Nasz związek – mówi dalej – od początku był czymś nieziemskim, przeżytym na bezdechu. Do dzisiaj nie mogę pojąć, co mnie spotkało. Skończyło się jednak wielkim cięciem”. Jest wielce prawdopodobne, że wścibscy reporterzy będą w kolejnych wywiadach dopytywać o więcej szczegółów. A przecież można by milczeć. Mowa jest srebrem, wiemy to wszyscy. Ale tylko milczenie złotem.
Dwa miliony widzów
Ciszy nie było w studiu, do którego Kuba Wojewódzki (63 l.) zaprosił Wojciecha Cejrowskiego (62 l.). Rozmową z, jak sam się kiedyś nazywał, „naczelnym kowbojem RP”, a obecnie komentatorem hejterskiej TV Republika, Kuba postanowił rozpocząć nadawanie nowego podcastu, który w przeciwieństwie do poprzedniego prowadzonego z Piotrem Kędzierskim (44 l.) nazwał wyłącznie swoim nazwiskiem. I to nie raz, tylko dwukrotnie powtórzonym. Czemu nie więcej? Tak czy inaczej rozmowa z kontrowersyjnym, prawicowym dziennikarzem w internetowym programie „Wojewódzki, Wojewódzki” miała jedno zadanie: napędzić nowemu podcastowi widzów. I napędziła. Do tej pory obejrzało ją ponad dwa miliony sześćset tysięcy ludzi. To bardzo dużo, o to właśnie chodziło. Nieważne, że z Cejrowskiego przez dwie godziny wylewał się nie potok, ale ocean nietolerancyjnych, ksenofobicznych bzdur. To nic, że Andrzeja Piasecznego (55 l.), a wraz z nim Geor ge’a Michaela i Freddiego Mercury’ego nazywał zboczeńcami. Że z manierą mędrca atakował wszystkich, z którymi mu nie po drodze, z gospodarzem programu na czele. Wojewódzki wobec tego słownego ścieku pozostał bezradny. Nie zdołał przekonać Cejrowskiego, że choć się różnią, to mogą się wzajemnie szanować i szanować swoje poglądy. Że dzieci nie odpowiadają za grzechy rodziców, że ludzie mają prawo się różnić. W światopoglądzie Cejrowskiego taka postawa nijak się nie mieści i na wszystko miał wygłaszaną ex cathedra butną i napastliwą odpowiedź. Nauczał o moralności, ale wyłącznie sobie i podobnie myślącym przypisując wszelkie cnoty. A wystarczyło, panie Kubo, nie mieć samolubnych planów ukręcenia najlepszej w internecie oglądalności i po prostu kogoś tak nietolerancyjnego nie zapraszać. Bo prawdziwa wolność, której też próbował pan w tym programie bronić, polega na tym, że zawsze możemy wybrać osoby, z którymi chcemy – szczególnie publicznie – rozmawiać.